Stół na Szwedzkiej – otwórz się na kuchnię


Nie było restauracji, do której wysyłalibyście mnie częściej, aniżeli Stół na Szwedzkiej. Ciągle tylko słyszałem ostatnio – wszystko fajnie, ale nie byłeś na Szwedzkiej. Idź do Stołu, w końcu są na pierwszym miejscu w TripaAdvisorze we Wrocławiu. Akurat z tego portalu nie korzystam w celu poszukiwania swoich kulinarnych celów, ale w końcu trafiłem do niezwykłej jakkolwiek by nie było restauracji. To, że nie trafiłem tu wcześniej nie było spowodowane złymi intencjami, co niektórzy chcieli wyeksponować. Co odważniejsi rzucali pomysły, że nie jem w Stole, bo jego właściciel nie chciał zapłacić za relację. Tia, tia, tia… Mniejsza o to, w końcu mam pisać głównie o restauracji.

Pomysł na Stół na Szwedzkiej jest absolutnie innowacyjny jeśli chodzi o wrocławski rynek. Wchodząc do środka nie szukajcie menu, bo go nie ma. Dania, jakie lądują przed Wami są składową Waszych potrzeb, dostępnych składników oraz pomysłu Szefa Kuchni. Ten ostatni – Grzegorz Firkowski, tuż po wejściu wypytuje Was o ulubione potrawy, o to, na co macie ochotę danego dnia, co lubicie, a czego nie akceptujecie na talerzu. Pierwszeństwo mają dzieci, które obsługiwane są ekspresowo i w pierwszej kolejności, co każdy, kto posiada własne pociechy, docenia, bo jak wiadomo – niezadowolone dziecko w restauracji to nienajlepszy pomysł.

Stół na Szwedzkiej trzeba rozumieć dwojako. Pojęcie stołu szwedzkiego jest znane każdemu i o ile nie należy traktować go w tym wypadku dosłownie, to do lokalu na Szwedzkiej przychodzi się właśnie na wspólny posiłek, aby czerpać radość z jedzenia i się nim dzielić. Tak właśnie było w naszym wypadku, kiedy po prostu dostaliśmy jedno danie za drugim, do tego dwa talerze, sztućce i okazję do współdzielenia obiadu. Obiadu, na który trafiliśmy dzięki biegaczom uczestniczącym we wrocławskim maratonie. Jak wiadomo w dzień maratonu Wrocław jest zakorkowany do granic możliwości, więc wybraliśmy opcję bezpieczną – ruszyliśmy obwodnicą, zjechaliśmy przy lotnisku i w ten sposób zjawiliśmy się w Stole na Szwedzkiej. Aha, nie z biegu, a po wcześniejszej rezerwacji, bo tutaj nie da się tak po prostu wejść z ulicy, przynajmniej zazwyczaj. Stoliki są zarezerwowane na długo do przodu.

Spoglądający zza długiej lady na live cooking Kazik dostaje mięciutkie, rozpadające się na włókna poliki wieprzowe, domowe frytki i startą dopiero co marchewkę. Banał powiecie, ale dzieci kochają taką prostotę. Kochają na tyle, że młodszy Gustaw też załapał się na mięso, pomimo, że jego głównym posiłkiem jest mamine mleko. Z kolei rodzice otrzymują po plasterku mięsa z kangura. Sprawionego na grillu, różowego w środku, niezwykle delikatnego. Jego smak ustawiłbym pomiędzy dziczyzną a wołowiną, w każdym razie bardzo wysoko w osobistym rankingu. 

W dalszej kolejności poszliśmy w Azję. Oczywiście bardziej azjatyckie fusion, ale przyrządzone ze smakiem, wyczuciem i umiejętnym wykorzystaniem odpowiednich składników. Tajska sałatka złączyła się z cudownie pachnącą, soczystą jagnięciną. Mięso zachowuje charakterystyczny zapach, jest różowe, a w jego towarzystwie pojawiają się aromaty anyżu, świeżej bazylii oraz konkretnego, gęstego, lekko słodkiego sosu. Furorę robi sałatka z wyraźnie azjatyckim sznytem. Dość wyraźnie zaznaczony jest olej sezamowy, kontrowany przez słodycz i kwaśność oraz minimalną ostrość. Zderzają się tu różne struktury, zderzają się przeciwstawne smaki, ostatecznie ukierunkowane zdecydowanie w stronę Azji. Na talerzu panuje artystyczny nieład, na który składają się m.in. mango, kiełki, marynowany ogórek i cebula, sezam, sos teriyaki oraz chili. Dużo się tu dzieje, ale przede wszystkim sałatka spełnia swoją rolę, nadając tak potrzebnej lekkości i orzeźwienia.

Pierwsze propozycje tylko rozbudzają nasze apetyty, więc kiedy od Szefa Kuchni pada pytanie – bawimy się dalej? Jednym głosem odpowiadamy, że oczywiście. Moje ceviche z tuńczyka po prostu rzuca na łopatki. Idealnie, na wpół ścięte cytrusowe mięso, do tego palona kukurydza, kumkwat, figi, ogórek, mango oraz ziarna prażonej kukurydzy. Jemy z ogromną przyjemnością, myśląc o tym, że właśnie takie potrawy dają najwięcej radości. Kolorowe, oparte na różnorodnych składnikach pasujących do siebie w każdym calu. 

W trakcie zajadania się ceviche, spoglądam co chwilę na proces przygotowywania piersi z kaczki na mojej żony. Porządny kawał mięsa najpierw trafia na grill, potem na chwilę do pieca, a na sam koniec, aby uzyskać doskonały dymny aromat, do Big Green Egga. Efekt przechodzi najśmielsze wyobrażenia, a struktura kaczki, jej soczystość, piękny kolor oraz smak, to kwintesencja całego obiadu. Mięso trafia na talerz z pieczoną fioletową marchewką, kremem z mascarpone i fig, pastą z oliwek kalamatta oraz zostaje wykończone orientalną, mocno ziołową przyprawą dukkah. Chwilę przed daniem głównym na stoliku meldują się pomidory z czarnym bzem. Soczyste, czerwone, genialnie pachnące i lekko kwaskowate. Na zakończenie dajemy się namówić jeszcze na creme brulee i to zdecydowanie dobry wybór. Klasyka, niezwykle smaczna klasyka idealnie wieńczy udany dzień. Całość kosztowała nas 178 zł, ale wybaczcie, zapomniałem wziąć rachunek, więc nie pamiętam jak rozkładały się poszczególne pozycje.

Czy było warto? To oczywiście pytanie retoryczne. Stół na Szwedzkiej spełnia wszelkie warunki, aby umieścić go w czołówce wrocławskich restauracji. Czy jest najlepszą z nich? Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ale na pewno Stół jest jednym z ciekawszych konceptów w mieście, który docenić powinien każdy miłośnik dobrego jedzenia, ale i dobrej zabawy, bo na Szwedzką warto przyjść z otwartą głową, czerpać z tutejszej atmosfery i po prostu miło spędzić czas. Sam wyszedłem w pełni zadowolony i mogę śmiało polecić Wam to miejsce, jeśli szukacie w kuchni czegoś więcej, aniżeli banalnych rozwiązań.

Stół na Szwedzkiej

Szwedzka 17 a

FB

Total 11 Votes
1

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments