Dziecko w restauracji – tylko dla trzeźwo myślących rodziców


Kilka miesięcy temu świat obiegła wiadomość, że właściciel jednej z włoskiej restauracji wprowadził zakaz wstępu dla dzieci poniżej piątego roku życia, a dodatkowo do listy ograniczeń dopisał wszelkiego rodzaju wózki i nosidełka. Efekt? Jak się okazało, w kilka miesięcy od podjęcia tej decyzji obroty restauracji skoczyły o 50%, nawet pomimo początkowych narzekań młodych rodziców. Przez polski internet przeszło niemałe tornado – rozpoczynając od żalu i niedowierzania, po pełną akceptację dla tak niecnego postępowania właściciela. Ja ustawiam się gdzieś dokładnie pomiędzy.

Długo przymierzałem się do napisania tego tekstu, a jego tytuł zmieniał się wraz z dorastaniem naszego starszego syna Kazika. Jako że blog jest niemalże jego rówieśnikiem, od pierwszego dnia jego życia towarzyszą mu wyjścia do restauracji. Nieskromnie mogę powiedzieć, że mam w tym temacie nieco więcej  do powiedzenia od bezpodstawnego i nieuzasadnionego narzekania blogerek parentingowych, których posiłki spożywane poza domem ograniczają się do knajpek dedykowanych dzieciom. Moje doświadczenia obejmują restauracje we Wrocławiu, ale i całej Polsce oraz m.in. w Niemczech czy Hiszpanii. Restauracje kroczące w stronę fine diningu, ale i te osiedlowe z kącikami dla dzieci.

Co powstrzymywało mnie dotychczas przed napisaniem tego tekstu, poza lenistwem oczywiście? Ano dynamiczna sytuacja krocząca pod ramię z rozwojem psychofizycznym naszego młodziana. Każdy rodzic wie, że miesiąc w początkowej fazie rozwoju dziecka to cała wieczność i niejednokrotnie zmiana o 180 stopni. Przeżywaliśmy więc nieopisane piski i ryki, konieczność noszenia na rękach, niechęć do siedzenia przy stole, raz jeszcze piski przemiennie z krzykiem, dla odmiany momenty, w których kredki okazywały się najlepszym przyjacielem, aż po chwilę obecną – chwilo trwaj – w miarę względnego spokoju. W pewnym momencie czara goryczy się przelała i właściwie przestaliśmy wspólnie chodzi do restauracji, a obowiązek jedzenia podwójnych posiłków spadł na moje barki. Taka to ciężka robota z tym blogiem.

Dlaczego odpuściliśmy? Bo, przynajmniej tak mi się wydaje, jesteśmy racjonalnie myślącymi rodzicami, zdającymi sobie sprawę z dwóch kwestii. Po pierwsze – ryk obcego dziecka nie musi być przyjemny dla gości restauracji, którzy może przyszli właśnie odpocząć po pracy, na randkę czy urodziny albo po prostu wydali ciężko zarobioną kasę, aby zabrać do restauracji żonę i spędzić z nią przyjemnie czas. Nasze dziecko momentami wkurza nas do granic możliwości, a co dopiero innych. Po drugie – nasza wygoda, bo ileż kolejnych histerii można znosić, doprowadzając do sytuacji, w których trzeba wynosić zapłakane dziecko z restauracji. W takim momencie lepiej już zjeść luźny obiad w domu.

I teraz najważniejsze – TO NIE JEST WINA ANI PROBLEM DZIECKA. Problemem są rodzice, te wszystkie roszczeniowe matki i ojcowie, wychowujący swoje dzieci bezstresowo, bez zasad i w roszczeniowym nastawieniu – nam się należy. Należy Wam się, owszem, bura i kubeł zimnej wody, żebyście zawczasu się obudzili, bo za jakiś czas będzie za późno i po kilku latach dzieci wejdą Wam na głowę. Dosłownie i w przenośni.

Często słyszę, także od znajomych – ale przecież to dziecko, nie rozumie, kiedy mówię mu, że ma być cicho. Takie jego prawo, że musi czasami płakać. No właśnie, dziecko ma to w naturze, zwłaszcza małe i nie do końca ogarniające otaczający je świat, że płacze. Czasami nieprzerwanie i bez sensu, czasami chcąc coś wymusić, a w innym wypadku, bo nie podoba mu się panujący w knajpie hałas lub zwyczajnie nie chce siedzieć. Kazik nigdy nie chciał, nie chciał też leżeć, kiedy miał kilka miesięcy. Wtedy kochał być na rękach, później pokochał swobodę i znienawidził więzienie go w ikeowym krzesełku dziecięcym. Co robił? Buntował się, bardzo konkretnie i nie akceptując sprzeciwu. Nie raz i nie dwa wyszliśmy z lokalu zanim jeszcze zdjęliśmy kurtki. Tak na wszelki wypadek, co by nie wygonić pozostałych gości. To naszym zadaniem jest przewidywać zachowania własnego dziecka, bo nikt inny nie zna go tak dobrze, ja my sami. Kiedy z perspektywy czasu wspominam sytuację, w której ja jadłem, a żona nosiła Kazka na rękach, a po chwili się zmienialiśmy, to zastanawiam się, jaka siła nieczysta kazała nam iść wtedy do restauracji, męczyć dziecko i doprowadzać do tak kuriozalnej akcji. Na szczęście nam przeszło i potrafimy wyciągać wnioski z własnych błędów.

Czy jestem za tym, aby restauracje zamykały się na rodziny z dziećmi? W żadnym wypadku, choć jak myślę o naszym młodym i jego zachowaniu w niektórych sytuacjach, to będąc właścicielem nie chciałbym takich klientów. Nawet gdyby mieli zostawiać codziennie 300 zł. Trzeba zdjąć klapki z oczu i zerknąć nieco dalej, aniżeli tylko do swojego ogródka. Ostatecznie to my podejmujemy decyzję i albo szanujemy innych, albo pchamy swoje dzieciaki w oko cyklonu, nieznane miejsce oferujące tysiące bodźców, gdzie prawdopodobieństwo zrobienia afery wynosi 101%.

Problemem rodziców jest także swego rodzaju uodpornienie na krzyk i niektóre zachowania własnego dziecka. Sam czasami się na tym łapię, tym bardziej, że pracuję w przedszkolach, gdzie nierzadko 25 dzieci krzyczy non stop, że wyłączam się i nie zauważam – nie celowo – pojedynczych wyskoków młodego. Sztuką jest wychwycić ten moment będąc w towarzystwie. W domu to już sprawa indywidualna, ale kiedy idziemy do ludzi, należy włączyć przycisk – wyczulenie na krzyk 200%.

Lata działalności w gastronomii pozwoliły mi także spojrzeć na trzeźwo na niebezpieczeństwo, jakim są biegające między stolikami dzieci. Często słyszę hasło kierowane w stronę kelnerki – proszę uważać, bo on lubi wchodzić za bar. Co?! Kto ma uważać? Bo wydawało mi się, że każdy odpowiada za swoje pociechy, a kelnerki nie pełnią roli opiekunek. Warto przenieść sytuację z własnego domu do restauracji. Kiedy małe dziecko podchodzi do płyty elektrycznej, piekarnika czy gorącego garnka, krzyczymy – uważaj, gorące, nie dotykaj! Ile razy widzieliście w restauracji dzieci latające po sali, kiedy kelnerki noszą gorące dania, zmuszone do wykonywania wygibasów nie mniejszych, niż Alberto Tomba na bramkach.

Długo wypracowywaliśmy odpowiedni schemat zachowań wychodzenia z dziećmi do restauracji. Przerobiliśmy przeróżne gadżety – klocki, kolorowanki, książeczki, naklejki. Wszystko to jednak prędzej czy później się nudzi, uwierzcie mi. Sprawdza się jedna, jedyna rzecz, o której wspomnę na końcu. Najpierw jednak kilka podpowiedzi od doświadczonego rodzica, czego lepiej nie robić. Przede wszystkim jeśli dziecko usiądzie już w dedykowanym krzesełku, odpuśćmy sobie wkładanie do ręki grzechotek, drewnianych klocków i tym podobnych przedmiotów, w tym sztućców. W 99 przypadkach na 100 zakończy się miarowym uderzaniem o blat krzesełka lub stół, wielokrotnie głośniejszym i bardziej irytującym, niż krzyki. Malowanki i książeczki z naklejkami są dobre tylko pozornie. Kiedy rozłożycie całość na stole, pani kelnerka nie będzie miała gdzie wydać kolejnych potraw.

Zdradzę Wam, że wyrodni z nas rodzice, nie słuchamy tych wszystkich nawoływań wzorowych matek na forach, że tak małe dzieci nie powinny mieć kontaktu z telefonami. Od jakiegoś czasu po prostu szukamy miejsc z solidnym wi-fi, jak choćby ostatnio Ragu czy Le Chef, gdzie internet dostarcza Moico, zabieramy ze sobą stary, ale obsługujący YouTuba telefon bez włożonej karty sim i włączamy młodemu. Naturalnie nie w trakcie jedzenia. Jedna bajka, druga, trzecia, sam wybiera sobie co chce. Byle tylko nie za głośno, bo nie raz i nie pięć spotkałem się z sytuacją, że bajki krzyczą głośniej od płaczącego dziecka. Idziemy z młodym na pewnego rodzaju układ – telefon dostajesz głównie w restauracji, ale w zamian jesteś grzeczny. Powiecie, że to mało wychowawcze, bo przecież posiłek powinien być wspólnie przeżywanym doświadczeniem, poprzedzonym rozmową. W domu tego nie robimy, w restauracji tak i są odpowiednie efekty, a jednocześnie pokazujemy Kazikowi, że telefon nie jest narzędziem, którym można się bawić w każdej sytuacji. Zanim skrytykujesz, pomyśl ile razy miałeś telefon w ręce podczas ostatniej wizyty w restauracji.

I tak już na koniec. Wyłożyłem swoją opinię dość stanowczo, ale ogólnie nie uważam, żeby miejsce dzieci było poza restauracjami. Ostateczna decyzja zawsze należy do rodziców, jest uzależniona od umiejętności przewidywania, empatii i znajomości swojego dziecka oraz rozeznania na temat restauracji, do której się udają. Wymagam tylko jednego – myślenia, rodziców oczywiście. Nie wymagam od właścicieli ustawiania kącików dla dzieci czy stolików z kredkami. To przynosi efekt jedynie w wypadku bardzo spokojnych dzieci i to zazwyczaj też na krótko. Na dłuższą metę raczej się nie sprawdza. Podsumowując – chodźmy z dziećmi do restauracji, jak najbardziej, ale kiedy będą już gotowe, kiedy sami będziemy gotowi, kiedy wreszcie będziemy pewni, że nasza pociecha nie sprawi problemów innym i nam samym. W tekście nie wspomniałem o słynnym przebieraniu pieluszki przy stoliku. Chyba rozumiecie – Was może to nie odrzuca, ale innych… I już absolutnie na koniec. Nie wyzywajmy właścicieli restauracji od najgorszych tylko dlatego, że nie wyczekują rodzin z małymi dziećmi z otwartymi ramionami. Koniec końców to ich biznes, prywatny, i jeśli będą chcieli wprowadzić zakaz wstępu dla psów, dzieci czy pijanych i głośno śmiejących się Januszy, to to zrobią.

P.S.

Mam nadzieję, że każdy zdaje sobie sprawę, że w tekście nie opisuję 100% przypadków, bo znam i dzieci, które przez trzy godziny mogą siedzieć w miejscu bez wydania z siebie odgłosu. Piszę na temat ze względu na własne doświadczenia, jako rodzic dziecka pobudzonego w stopniu ekstremalnym, które w pewnym momencie zmusiło nas do zaprzestania odwiedzania restauracji w pełnym rodzinnym gronie.

Partnerem wpisu jest Moico.

Wspominałem Wam już ostatnio, że drugi rok z rzędu współpracuję z Moico. W tym roku wcielam się w rolę testera mega szybkiego łącza razem z Kasią (Tak dużo dobrej muzyki), Dawidem (DandyCore) oraz Remigiuszem (Rock Alone) i właśnie ten fakt poniekąd dodał mi energii, aby ten tekst napisać. Myślę, że dość ważny, bo ukazujący spojrzenie od strony rodzica – tak przynajmniej myślę – mającego dość zdrowe podejście do sprawy.

Moje ostatnie testy polegały na sprawdzeniu działania łącza Moico we wspomnianych dwóch restauracjach – Ragu i Le Chef. Świetne jest już to, że samo połączenie się z siecią wi-fi nie stanowi problemu. Wiele restauracji posiada sieć, ale mało kto z obsługi wie, jak się do niej dostać, a na koniec wychodzi tak, że szybkość internetu nie wystarcza, aby otworzyć fejsbuka. Spytacie dlaczego nie użyję tradycyjnego internetu z pakietu. Otóż oglądanie bajek na YT ciągnie sporo MB, dlatego dobrze jest podłączyć się do sieci, jeśli restauracja oferuje taką opcję. Na stolikach w Le Chef znalazłem karteczki z hasłem do wi-fi, więc cały proces zajął kilka sekund. Download na poziomie 35 Mb/s jak na warunki restauracyjne to wynik zadowalający, pozwalający na bezproblemowe działanie młodego w obrębie sieci.

Jeśli chcielibyście sprawdzić jak działa to łącze, możecie co tydzień wygrać je na fanpage Moico. Co tydzień macie szansę wygrać darmowy internet na rok, a do tego na koniec komputer. Szczegóły konkursu znajdziecie tutaj.

Total 49 Votes
7

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments