BeMuke – szukając jakości


Kiedy myślę sobie o tym, w jaki sposób postrzegają mnie potencjalni czytelnicy, jestem świadomy, że duża część z Was myśli sobie pewnie – grubas z AWF, wrzuca w siebie wszystko co popadnie z prędkością karabinu maszynowego, zajada się tymi wszystkimi pizzami, burgerami i fastfoodami. Jest to tylko część prawdy, wynikająca niejako ze specyfiki prowadzenia tego bloga. Chcąc opisywać dla Was wrocławską gastronomię w jak najszerszym ujęciu jestem trochę zmuszony do próbowania jedzenia w różnych miejscach, niekoniecznie tylko ze zdrową żywnością. Istnieje również świat równoległy, obejmujący moje życie osobiste, w którym staram się dokonywać przemyślanych zakupów, starannie dobierać produkty trafiające do mojej lodówki, a następnie żołądków mojej rodziny. I tutaj rzadko idę na skróty, nieczęsto wybieram kompromisy. Owszem, dyskonty na tyle mocno zakotwiczyły w świadomości konsumenckiej Polaków, że czasami ciężko z nich nie skorzystać, choć w Lidlu czy Biedronce kupuję głównie wodę dla siebie i dzieciaków, poszczególne produkty nabiałowe czy czasami suche.

Blogowi zawdzięczam kilka rzeczy, spośród których za jedną z najważniejszych poczytuję sobie zwiększenie własnej świadomości w kwestiach żywienia, pochodzenia produktów oraz poznania pewnej specyfiki w kwestii przemysłu żywieniowego. W tym momencie wielkie dzięki dla wszystkich Szefów Kuchni, producentów czy właścicieli restauracji za wiele rozmów pozwalających mi na zdjęcie różowych okularów spod których jeszcze jakiś czas temu spoglądałem na świat kulinarno-gastronomiczny.

Różowe okulary zdjąłem już jakiś czas temu, zacząłem bardziej wchodzić w temat jakości i pochodzenia produktu, jego składu i historii, i możecie wierzyć lub nie, ale bardzo daleko mi do BIO lub EKO wariata. Co to, to nie, ale trochę bawią mnie te wszystkie podśmiechujki na zasadzie – eeeee, jakie to ekologiczne. To po prostu ten sam produkt, tylko pięć razy droższy. Nie, nie ten sam i nie pięć, a może do dwóch razy droższy. Tylko tak długo, jak cena będzie punktem wyjścia do robienia zakupów spożywczych, tak długo nie dojdziemy do porozumienia. To kwestia pewnej świadomości na temat skali produkcji mniejszych hodowców, braku tanich ulepszaczy kosztem drogich naturalnych, a także większego nakładu pracy wkładanego choćby w rzemieślnicze wytwarzanie serów, pieczenie chleba na zakwasie w zamian za stosowanie gotowych mieszanek. To jak z lodami naturalnymi, o których niebawem poczytacie więcej na blogu – można produkować lody naturalne z owoców, można też i z gotowej pasty. Niby ten sam produkt, a jakoś dziwnie inny.

Dlatego też cieszy mnie, że Wrocław coraz bardziej otwiera się na sklepy z jakościową żywnością, sprawdzonym nabiałem, warzywami czy specjałami dla dzieciaków. Niejednokrotnie już o tym pisałem, ale smuci mnie, kiedy widzę te narzekania – kurczak za 30 zł?! Żółty ser za 70?! Przecież pod domem kosztuje 19 zł. Parówki za 25 zł? Phi, w Lidlu są w opakowaniu zbiorczym za piątaka. Wydaje mi się, choć może żyję w jakiejś romantycznej bajce, że u każdego myślącego człowieka powinna przyjść jakaś refleksja na ten temat. Powinna… Pamiętam opowieść jednego z Szefów Kuchni, który załatwił do restauracji świeżą śmietanę wprost od rolnika. Uczciwego, dbającego o aspekt jakościowy własnej hodowli. I co? I nic, bo goście kręcili nosem na taką śmietanę. Bo dziwnie smakuje, bo jakaś kwaśna. Świat odwrócił się do góry nogami, a wielki przemysł tak przyzwyczaił nas do nijakich, standardowych smaków, które na całym świecie mają być podobne do siebie, że kompletnie odeszliśmy od smaków dzieciństwa i dziwnym jest dla nas coś, co smakuje dokładnie tak, jak smakować powinno. Nie bez przyczyny nasi rodzice czy dziadkowie często przy świątecznym stole powtarzają – kiedyś to były kiełbasy, kiedyś to był wędliny. Poza oczywista nostalgią za młodością, jest w tym niestety sporo prawdy, oczywiście w odniesieniu do produkcji własnej, a nie tego, co oferowała obywatelom władza słusznie minionej epoki.

Jeszcze przed Bożym Narodzeniem odwiedziłem dopiero co otwarty przy Braniborskiej sklep beMuke i od tego czasu zostałem dość częstym gościem. Pewnie przydałby się tu lepszy wybór mięs, bo te póki co kupić można na zamówienie, choć możliwe, że na ilość wołowiny czy drobiu na półce wpływ miał fakt, że dopiero kolejnego dnia miała pojawić się dostawa. Ale już z wędlin zawsze można wybrać coś ciekawego, w witrynce każdorazowo pojawia się sporo serów – od kozich z Łomnicy, po polskie Halloumi czy różnorodne sery krowie. Ogólnie przekonuje mnie rozmiar beMuke. Dotychczas większość wrocławskich sklepów w tym stylu było po prostu niewielkimi kioskami z poupychanymi gdzie się da produktami. Tutaj mamy przejrzystość, dużo miejsca i naprawdę szeroki asortyment. Co ważne, kiedy porozmawiałem chwilę z właścicielami, na półki nie trafiają przypadkowe produkty, a tylko te, co do których pochodzenia, smaku oraz składu na etykiecie nie można mieć zastrzeżeń. To mi się podoba, bo chodzenie na skróty w tym interesie nie popłaca.

Po kilku wizytach stwierdzam, że widać ruch w biznesie – jedne produkty znikają, pojawiają się nowe, a zwłaszcza przy świeżych zauważalna jest rotacja oraz pewna doza zachowawczości przy składaniu zamówień, aby jak najmniej rzeczy się marnowało. To także ciekawy aspekt, bo kwestia ceny wpływa na to, że kupując drożej mniej marnujemy. Jeśli szynka kosztuje 25 zł za kg, kupimy jej kilogram i połowę później wyrzucimy do śmieci. Jeśli kosztuje 65 zł, zamówimy tyle plasterków, ile nam potrzeba, a po trzech dniach przyjedziemy po świeżą dostawę.

Dostawa, słowo klucz w moim przypadku. Jak pewnie udało się Wam zauważyć w przeciągu ostatnich czterech lat, jestem człowiekiem internetu, totalnie pochłoniętym maniakiem tego najwspanialszego wynalazku na świecie. Do tego stopnia, że właściwie większość zakupów dokonuję w sieci i beMuke mi to umożliwia, czemu mogę tylko przyklasnąć. Zamówienia składane poprzez sklep internetowy dostarczają tego samego dnia w przeciągu trzech godzin, choć ja akurat korzystam z opcji lenistwa do kwadratu, a więc wracając z pracy po prostu odbieram wcześniej zamówioną paczuszkę.

Można śmiało stwierdzić, że to trochę taki market w wersji eko. Umożliwia zrobienie kompleksowych zakupów za jednym zamachem, bez konieczności rozjeżdżania się po różnych delikatesach. Jest moje ulubione pieczywo, w tym znane z Gastro Nocek bułki maślane z Bułki Tartej, warzywa od zaprzyjaźnionych rolników, sporo składników przydatnych podczas eksperymentów z kuchniami świata, a bardzo ciekawym rozwiązaniem jest możliwość zabrania do domu przypraw na wagę. Swoją półkę mają weganie i choć daleko mi do próbowania wegańskich parówek, to na pewno dobra opcja dla osób z takimi preferencjami.

Czego brakuje poza wspomnianym wcześniej mięsem? Aż prosi się o jakieś produkty garmażeryjne, choćby pierogi, choć naturalnie zdaję sobie sprawę z tego, jak ogromnym wyzwaniem jest znalezienie tych naprawdę uczciwych. Byłoby jednak fajnie, podobnie jak w przypadku steków, których właściwie nie da się we Wrocławiu kupić poza tymi ze Stu Mostów czy Sudetii.

Czy BeMuke to sklep dla eko wariatów? W żadnym wypadku. To dobrze zaopatrzony sklep z różnorodnym asortymentem i fachową obsługą. To sklep dla ludzi świadomych oraz chcących mieć wpływ na to, co jedzą. Na koniec jeszcze ciekawostka – sklep prowadzi program lojalnościowy, w którym po przekroczeniu określonej kwoty nie tylko otrzymujemy rabat, ale i zyskujemy możliwość skorzystania z opieki miejscowego dietetyka.

BeMuke. Zdrowie z natury.

Braniborska 58-68

FB

Godziny otwarcia:

poniedziałek – piątek: od 7 do 20

sobota: od 10 do 20

Wpis powstał we współpracy z BeMuke
Total 19 Votes
4

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments