Dlaczego Polacy kochają fatalną pizzę?


Pizza, słowo klucz. Nazwa pobudzająca zmysły pod każdą szerokością geograficzną, omawiana dogłębnie przez wszystkich jak leci. Znam może jedną osobę, która za pizzą nie przepada. Reszta albo ją uwielbia, albo kocha.
Widzę po własnym blogu, że emocje wzbudzają burgery, fine dining, piwo, ale kiedy do gry wchodzi pizza, kończą się żarty oraz racjonalne argumenty. Liczy się tylko ta jedyna prawdziwa, oryginalna włoska, cienka lub gruba, z ananasem czy salami, mozzarellą lub goudą. Ten lubi na cienkim, tamten na grubym, a jeszcze inny z konserwową kukurydzą. Jedno jest pewne – nigdy się nie dogadają i nie znajdą wspólnego mianownika. Moja pizza jest najmojsza i nie wciskaj mi kitów, że inna może być lepsza.

Dlaczego o tym piszę? Z prozaicznego powodu, jak to zwykle bywa. Do samego wpisu przyczyniła się jedna wizyta w pizzerii, ale o tym zaraz. Przytłaczają mnie te subiektywne dyskusje o lepszości jednej nad drugą. Irytują też, a to głównie dlatego, że mamy sporo szczęścia mieszkać w mieście wręcz zalanym dobrą, a czasami genialną pizzą. VaffaNapoli, Happy Little Truck, Mania Smaku, Pizza Pany. To wszystko ekstraklasa zarówno pod względem umiejętności pizzaiolo, świadomości produktu, wyczucia smaku oraz jakości, a jako całe społeczeństwo nie do końca potrafimy ten fakt docenić.

Właśnie, jakości, czyli przechodzimy do clue problemu. O ile pizza, jak wiele innych klasyków kuchni, wywodzi się z biedy oraz konieczności wykorzystywania posiadanego produktu, tak nie należy jej łączyć z niską jakością. Co to, to nie. Nie ma dobrej pizzy na słabym produkcie, powie Wam to każdy Włoch, niezależnie czy będzie z Neapolu, Rzymu czy Florencji.

“Nie zjem już nigdy w Vaffa. Po co mam przepłacać za spalone brzegi, skoro w DaGrasso pod domem mam dwa razy większy placek z różnymi dodatkami, a jakość lepsza.” To autentyczny cytat, po którym coś we mnie pękło. Tak po prostu się podkurwiłem. Jakość, jaka?! Chyba nijakość i dno, i nie ma tu miejsca na subiektywizm, własny smak czy jakimkolwiek to nazwiecie. Pora na fakty, bardzo przykre na wielu.

Tylko jeśli w tym momencie dopowiedzieliście sobie, że mam zamiar się z kogoś śmiać, że je tutaj czy tam, że chcę kogoś przekonywać gdzie ma jeść lub gdzie nie jeść, to lepiej nie czytajcie. Nie mam zamiaru. Niech każdy je, co uważa za słuszne, ale niech później nie płacze. Na zdrowie, my natomiast pogadajmy o konkretach.

Najlepsze pizzerie we Wrocławiu znam bardzo dobrze i niejeden przybysz z Półwyspu Apenińskiego powie Wam, że w niewielu włoskich pizzeriach robią tak dobre placki. Ostatnio zrobiłem rekonesans po tych mniej znanych, ale niespodziewanie równie albo i jeszcze bardziej obleganych, a także dwóch nowych punktach. Bo to tez swego
Rodzaju fenomen, że każdego miesiąca powstaje w tym mieście nawet kilka pizzerii. Kilka też upada, ale bilans wychodzi na plus, bo Polacy kochają pizzę. Muszę to niestety napisać – Polacy kochają złą, fatalną, tragiczną pizzę, dlatego na powierzchni utrzymuje się tak wielu nie średniaków, ale zbrodniarzy na sztuce pizzerskiej.

Składnik powiadasz Gładczak? Ser to ser, ktoś powie, pomidory to samo. Tutaj właśnie dochodzimy do różnic. Zauważalnych również w przypadku ciasta.

Ciekawe ile razy zdarzyło się Wam odczuwać spory dyskomfort po zjedzeniu pizzy? Od razu podpowiem – to nie kwestia objętości, a przynajmniej nie tylko. Ciasto, w zależności od rodzaju pizzy powinno garować, czyli inaczej leżakować czy też dojrzewać, od 12 do nawet 72 godzin w zależności od rodzaju mąki i receptury. Dlaczego? Ano dlatego, że drożdże rozpoczynają w tym czasie swoje działanie, rozrywają ciasto na cudowne siateczkowate wnętrze, nadając przyszłej pizzy lekkości. Ale to tylko jedna kwestia. W trakcie takiej fermentacji przede wszystkim uwalnia się tak kochany przez nas gluten, pozwalający na uzyskanie odpowiedniej tekstury i sprężystości ciasta. Takie efektu uzyskać można po odpowiednim garowaniu ciasta, a podobny proces, choć zazwyczaj krótszy, odbywa się również przy innych wypiekach. Jeśli ktoś pominie garowanie, oszczędza: czas, miejsce, bo ciasto gdzieś przez tę dobę musi leżeć, natomiast traci najważniejsze: jakość, smak, a także bierze na siebie odpowiedzialność za ewentualną niestrawność swoich gości.

No dobra, było o cieście, może teraz trochę o wspomnianych przeze mnie pizzeriach. Akurat tak się złożyło, że wszystkie trzy mieszczą się w jednym regionie Wrocławia – od Sołtysowic po Różankę. Na pierwszy ogień poszła pizzeria Ozima Chleb&Pizza, do której poszedłem naprawdę w dobrej wierze, z myślą, że w końcu powstało coś sensownego w okolicy mojego liceum numer X. Właściciele podzielili lokal na dwie części – jedną zajmuje pizzeria właśnie, drugą piekarnia. Brzmi nieźle, oba biznesy się w pewnym sensie przenikają. Szkoda tylko, że ktoś rozpoczął działalność od tyłka strony, czyli otwarcia przed nauczeniem się fachu.

Menu jest spore – jest ananas, kukurydza, szpinak, tuńczyk, kurczak. Do wyboru, do koloru. Zamawiam najmniejszą wersję Peperoni w cenie 21 zł, choć ciężko nazwać 30 cm pizzę małą.

Kiedy otrzymuję placek, pierwszą myślą, jaka kołacze mi po głowie jest – naprawdę ktoś wchodzi na rynek pizzy we Wrocławiu z czymś takim?! Tego typu pizza mogłaby zagrać w 1999, 2004 roku, ale w 2018 jest po prostu słabiutka. Najtańszy rzut salami, produkt serowy i koniecznie oregano oraz grube, niewykazujące jakichkolwiek oznak wyrośnięcia ciasto.

Pizza z pieca na Sołtysowicach. Biznes na zasadzie – na zadupiu nie ma nic do jedzenia, to zrobimy shit, bo i tak kupią. Jak kupią, to będę pod wrażeniem. Sytuacja produktowa jest tu podobna do poprzedników – Aro rządzi, oregano jest, tyle że pampuchowe ciasto zamienił podpłomyk, mogący wskazywać na to, że człowiek przygotowujący go pewnie nie zna pojęcia garowania. Placek niewyrośnięty, suchy, pusty w smaku i zabity dodatkowo przez śmierdzące salami, które z salami wiele wspólnego nie ma. Cena 18 zł, no comments.

Jeśli Wasza babcia robiła kiedyś pizzę, zapewne w Pizzerii Uno z Kamieńskiego odnajdziecie znane nuty. Słodycz, puszystość, a na to wszystko lekki zakalec. Cukier, aby drożdże szybciej ruszyły, bo przecież nikt nie ma czasu, aby ciasto odstało swoje. Cena – 19,90 zł za peperoni, choć przyznam, że nie doczytałem, bo w sumie nie mogłem tego przewidzieć, że peperoni to opcja z pieczarkami, kukurydzą i papryką. Tona składników, bijąca słodycz i to cholerne uczucie ciężkości po zjedzeniu jednego kawałka. Wybaczcie, podziękuję.

Czego on się czepia, powiecie? Śpieszę z wytłumaczeniem. Otóż cholernie boli mnie, że ktoś próbuje mi sprzedać wspomniane produkty pizzopodobne w cenie +/- 20 zł, kiedy:

  • w VaffaNapoli margheritę zjem za 17 zł, salami za 23 zł
  • margheritę w Manii Smaku za 18 zł, Pepperoni za 26 zł

Nieco drożej, ale na produkcie absolutnie nieporównywalnie lepszym, jakościowym, a przede wszystkim smacznym. I nie, nie chodzi tu o żadną pizzę włoską (czyli jaką?), neapolitańską czy cienką. W żadnym wypadku. Chodzi po prostu o smak. Dobry smak i produkt, który ma swoją wartość. I kiedy tak myślę sobie, że w Ozimie chcą mi wcisnąć margheritę za 18 zł, a w Pizzy z pieca za 16 zł, to zastanawiam się – za co do jasnej cholery?!

Wystarczy przejechać się do Makro czy Selgrosa, gdzie w dużej mierze zaopatrują się pizzerie niższych lotów i zobaczyć, jakie produkty znikają z półek. Nie jest to widok przyjemny, a na dokładkę pokaże kilka etykiet najpopularniejszych serów czy wędlin. Zerknijcie, bo warto. Chyba, że czymś normalnym jest obecność tłuszczu palmowego w “serze”. Zaufany człowiek od liczenia food costu w gastronomii policzył mi, że przy zastsowaniu tego typu produktów, tak zwany wkład do kotła, czyli koszt produktów zużywanych do produkcji jednej margherity wynosi 1,72 zł. Jeden siedemdziesiąt dwa! I tak, wiem, że na ostateczną cenę wpływ mają jeszcze inne czynniki, ale chyba rozumiecie teraz moje lekkie oburzenie. Czym innym jest sprzedać za 18 zł margheritę, której składniki kosztują 5 zł, inaczej, kiedy ta kwota oscyluje wokół dwóch złotówek.

Jeśli wymagacie dużo i tanio od pizzerii, dostajecie ten właśnie produkt. Warto zadać sobie pytanie, czy chcemy jeść pampuchy z produktami seropodobnymi, wędlinami z listą składników, o których nie śnili chemicy, czy też mąką, której jedyną zaletą jest niska cena, bo już nie wartości pozwalające przygotować z niej poprawną pizzę. I przyznam, że też kiedyś wmawiałem sobie, że najlepsza na kaca jest Pizza Station. Kiedy jednak myślę sobie obecnie, że zatruty alkoholem organizm miałbym zatruć kolejną dawką pseudo spożywczych produktów, to cierpnie mi skórka.

Nie chcę Wam mówić – jedzcie to, nie jedzcie tamtego. Od początku pisania bloga rzadko to robię. Proszę Was tylko, starajcie się myśleć racjonalnie podczas wyborów choćby pizzy, choć problem dotyczy całej gastronomii. Bo o ile Wasz smak mówi Wam, że pizza X jest lepsza, choć równie dobrze w nocy mogłaby świecić, to jest to subiektywna opinia. Podobnie jak to, że nie lubicie mocno wypieczonych, wyrośniętych rantów w pizzy neapolitańskiej. Ja to wszystko rozumiem, ale z obiektywnymi czynnikami nie da się dyskutować – jakieś 95% pizzerii ładuje na te swoje niewyrośnięte placki produkty podłej jakości, których raczej nie chcielibyśmy mieć we własnych lodówkach. 

 

Total 95 Votes
33

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments