Dlaczego Polacy nie lubią nauczycieli?


Początkowo zbierałem się do opublikowania tego tekstu na Dzień Nauczyciela, ale uznałem wtedy, że to w sumie bez sensu. Dzisiaj jednak, w obliczu nieformalnego co prawda, ale o sporej skali strajku nauczycieli w całym kraju, pomyślałem, że jednak chciałbym Wam przedstawić swój punkt widzenia. Coś pękło we mnie czytając kolejny już raz w komentarzach we wszelkich mediach, że tym nauczycielom to się chyba popier…. w głowach. Tak się składa, że w okresie przedkulinarnym byłem, próbowałem być czy też pełniłem rolę nauczyciela. W gimnazjum, szkole podstawowej i przedszkolu. Zresztą w tym ostatnim, a nawet w kilku, pracuję nieprzerwanie od lat ośmiu do dzisiaj. Najważniejszym stwierdzeniem, jakie chciałbym napisać w tym tekście – absolutnie niekulinarnym, wybaczcie – jest to, że uwielbiam pracować z dziećmi. Tak zupełnie uczciwie i bez naciągania. Lubię to robić, naprawdę, dlatego też każdego dnia, zanim odwiedzę restaurację w celu przetestowania jej dla Was, pracuję z małymi szkrabami od 3 do 7 lat w Fundacji Piłkarski Świat.

Przez Polskę przelało się jednak już wcześniej za dużo gnoju. Gnoju wylanego bezpośrednio na głowy nauczycieli. Tych bogaczy pracujących tylko 18 godzin w ciągu tygodnia. Tych zarabiających średnio pięć tysięcy. Tych pracujących według komunistycznej karty nauczyciela. Tych niedouczonych, pozbawionych ambicji, głupich belfrów, którym zakłada się kosz na głowę. Postanowiłem zmierzyć się z kilkoma cytatami z komentarzy fejsbukowych na temat nauczycieli.

Pracują po 18 godzin tygodniowo

Tak, to etat. Tylko że etat obejmuje tylko godziny lekcyjne, jakie nauczyciel przeprowadza z uczniami. W kolejnym komentarzu czytam: „… i wraca sobie taki do domu o 12, i ma w dupie wszystko”.  No więc podpowiem, co jeszcze należy do obowiązków nauczyciela: wywiadówka – najczęściej raz w miesiącu, tak o 17.00 do 19.00. Rada pedagogiczna – średnio dwa razy w miesiącu na tematy ważne i mniej ważne, zazwyczaj to drugie. Zwyczajowo około 15 przez dwie godziny. Wycieczki, piękny przykład. Otóż moi drodzy, nauczyciel jadący na pięciodniową zieloną szkołę ze swoimi uczniami…. nie dostaje ŻADNYCH dodatkowych pieniędzy, mimo że pracuje wtedy 24 godziny na dobę. Dosłownie, bo spełnia rolę nauczyciela i żandarma, który musi przez całą noc spać na korytarzu w schronisku czy hotelu, żeby przypadkiem dzieciom nie przyszło nic głupiego do głowy. Nikt nie zastanawia się wtedy nad tym czy moje własne dziecko ma z kim zostać w domu, czy nie zdaje sobie sprawy z odpowiedzialności, jaką ponoszę za dzieci podczas wycieczek. W mojej „karierze” nauczycielskiej zdarzyło mi się trafić na rodziców oburzonych faktem, że moja żona – też nauczycielka – nie chce jechać z dziećmi na tydzień, a tylko trzy dni w góry. Przecież ma pani za darmo spanie i jedzenie. No dzięki kur.., łaskawcze. Wyjście do kina od 8 do 12, kiedy akurat masz w planie jedną godzinę? Klasyka gatunku. Nie, nikt nie zapłaci ci wtedy za cztery godziny pracy, a przy okazji, jeśli dorabiasz sobie gdzie indziej, musisz zrezygnować z możliwości zarobienia w drugiej pracy, bo przecież kino. 2 maja? Cała Polska grylluje, ale mój dyrektor zarządził dyżur w szkole, gdyby jakieś dziecko przyszło. Nie przyszło, ale ty kolędujesz tam osiem godzin, popijając szóstą kawę. W poniedziałek masz w planie dwie lekcje. Niby spoko, szkoda tylko, że z dwoma okienkami, więc z dwóch godzin robią się cztery, w tym dwie darmowe. Więcej? Mógłbym takich paradoksów podać jeszcze co najmniej kilka. Na koniec tylko jedna podstawowa kwestia, która tak bardzo boli ludzi – my pracujemy 40 godzin tygodniowo na taśmie w fabryce, a oni 18 godzin i do domu. Uwierzcie, 99% nauczycieli wolałoby, aby etat wynosił 40 godzin. Przychodzisz do szkoły o 8, wychodzisz o 16. Za całą resztę płacone nadgodziny. Amen.

Zarabiają pięć tysięcy i narzekają

MEN podało, że średnie wynagrodzenie nauczyciela dyplomowanego wynosi 5065 zł, po czym rozpętała się burza. Co, te nieroby biorą 5 tysięcy i naczekają? Po pierwsze to kwota brutto, po drugie nauczyciela dyplomowanego, którym zostać można po przepracowaniu około 15 lat. Średnia wyliczana jest na podstawie sumy wszystkich możliwych dodatków – za wysługę lat, wiejskiego, trzynastek czy motywacyjnego. Polecałbym raczej spojrzeć na zarobki nauczyciela kontraktowego, którym zostaje się po pierwszym roku pracy. Całe 2487 zł brutto, a więc jakieś 1798 zł netto. 1798! To jest prawdziwa rzeczywistość zarobkowa, a żeby dodać kilka smaczków, podpowiem wartości dodatku motywacyjnego w szkołach, w których pracowałem – 50 zł. Jeśli to może kogoś zmotywować do czegokolwiek, to na pewno do szukania innej pracy. Trzynastka? Raz do roku w marcu, wypłacana w formie jednej średniej zarobków z poprzednich 12 miesięcy. Jeśli uważacie, że to wielkie miliony, to podzielcie sobie 1798 przez 12 miesięcy i dodajcie do standardowej kwoty. Faktycznie, grube miliony. Dalej – dodatek świąteczny, a więc w zależności od szkoły, dyrektora i zamożności gminy, to jednorazowo jakieś 500 zł, jeśli Wasza rodzina je tynk ze ścian i średni dochód na osobę z poprzedniego roku wynosi poniżej 800 zł zdaje się.

Poziom wiedzy nauczycieli jest niski

To najczęstsza próba generalizowania, która doprowadza mnie do szału. Może zabrzmi to nieskromnie, ale uważam się za jak najbardziej kompetentnego nauczyciela, wzbudzającego sporą sympatię dzieci, choć wymagającego – zarówno w odniesieniu do młodszych i starszych. To jednak lata studiów, a przede wszystkim doświadczeń sprawiły, że mogę o sobie tak powiedzieć. Mało tego, spotkałem na swojej drodze wielu naprawdę wspaniałych, stworzonych do pracy w szkole nauczycieli, którzy jednak musieli porzucić zawód ze względu na zarobki. I tak, w ich miejsce przychodzą często nieudacznicy. Dokładnie jak w każdym zawodzie – mamy fatalnych polityków, urzędników, kominiarzy czy dziennikarzy. Tylko że to mniejszość, bo większość z nauczycieli to właściwie hobbyści, biorąc pod uwagę przewijające się tu wcześniej kwoty. Więc patrząc ze swojej perspektywy, wybaczcie, ale zdecydowana większość nauczycieli, jakich miałem okazję poznać, to pełni zaangażowania, pasji i merytorycznej wiedzy ludzie.

Kiedyś nauczyciel to miał autorytet

Tak, kiedyś miał. I pewna część w dalszym ciągu ma, jeśli tylko zachowuje się konsekwentnie i nie daje sobie wchodzić na głowę w imię chęci dostosowania się. Konsekwencja, zasady i merytoryka – tylko tak można przekonać do siebie dzieci i rodziców. Istnieje jednak pewien problem, który roboczo nazwać można – roszczeniowi rodzice. Boli mnie, że wszystko stanęło na głowie. Podam Wam taki przykład z własnego może nie dzieciństwa, ale raczej okresu dojrzewania, trzech lat w liceum. Nie należałem do wzorowych uczniów, zarówno w kwestii zachowania, jak i nauki. Do dzisiaj pamiętam, że zbliżająca się wywiadówka oznaczała niespecjalnie dobry dla mnie okres, ale nie dlatego, że dostanę ochrzan od mamy. Moja mama sprawę załatwiała inaczej – jeśli jakiś nauczyciel się na mnie skarżył, a było ich kilku, od razu był proszony o spytanie mnie lub zrobienie sprawdzianu na lekcji kolejnej, o przesadzaniu do pierwszej ławki nawet nie wspomnę. Nigdy, przenigdy moja mama nie stanęła w mojej obronie, kiedy nauczyciel mówił na mój temat. Po kilkunastu latach sam zostałem nauczycielem i poraziło mnie zachowanie wielu z rodziców. Rodziców zrzucającej wszelkie przewiny swoich potomków na szkołę i nauczycieli. Mój syn? To niemożliwe. To klasyka gatunku. Roszczeniowość i parasol rozkładany nad dziećmi w obecnej chwili poraża i sprawia, że nauczyciel przestaje być autorytetem, skoro dziecko w domu słyszy – to nie Twoja wina, nauczyciel się uwziął.

Szkoła ma wychowywać

?!?!?!??!?!?!?! Drodzy rodzicie, wychowywać to macie Wy. Codziennie, w każdej godzinie życia, poprzez swoje postępowanie i konsekwencję. Szkoła może w tym pomóc, ale zrzucanie tej odpowiedzialności na szkołę jest przynajmniej nie na miejscu.

Uwierzcie, to nie jest tak, że nie dostrzegam błędów w dzisiejszej szkole. Widzę nauczycieli, którym się nie chce, widzę tych zmęczonych, chronionych jedynie przez kartę nauczyciela. Widzę brak rozwoju i dostosowania do obecnego świata, widzę też ogromny problem z rodzicami, o czym zresztą wspomniałem. Od lat widzę wielu nauczycieli bez jakiejkolwiek motywacji, wypalonych i odwalających pańszczyznę. Ale może warto pomyśleć dlaczego i w jakim celu strajkują, bo to trochę od nich zależy czy kolejne pokolenia będą miały coś w głowie, czy naród polski zidiocieje jeszcze bardziej. Do rozwiązania pozostają kwestie systemowe, a nauczyciele są tylko malutkimi trybami, które przez lata były mamione obietnicami podwyżek na poziomie 2-3% rocznie. Jeśli mieliście szczęście natrafić na fajnych nauczycieli w życiu, to pewnie potraficie policzyć ile wynosi 3% z niespełna 1800 zł. Prawdopodobnie nie uwierzycie też w te brednie MEN o tym, że żaden nauczyciel nie stracił pracy po bezsensownej reformie. W moim otoczeniu, po złączeniu gimnazjów i szkół podstawowych, godzin zabrakło dla przynajmniej pięciu znajomych. 

Ten tekst powstał w związku z moim wewnętrznym wybuchem złości po przeczytaniu wielu komentarzy w internecie. Chciałbym Was tylko poprosić – zanim następnym razem nazwiecie jakiegoś nauczyciela kmiotem, nieukiem, frajerem czy nieradzącym sobie z dziećmi frustratem, pomyślcie o tym, jak ważną rolę spełniają nauczyciele. To w dużej mierze oni kształtują nasze dzieci, uczą myślenia i przekazują ważne wartości. 1000 zł brutto, jakich domagają się nauczyciele, to i tak niewiele. Przeraża mnie ten hejt wylewany od lat na zawód, który niegdyś cieszył się wielką estymą, a obecnie został sprowadzony do najniższego poziomu. I ten strajk nie jest walką o dorobienie się na nauczycielskiej pensji. To walka o jakąkolwiek godność o podniesienie społecznego statusu zawodu.

Total 6394 Votes
286

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments