Gastro tydzień z WPK #2 – Trójmiasto, bułka z pierogiem, hummus


Premierowy wpis cyklu Gastro tydzień z WPK przypadł Wam do gustu, jedziemy więc dalej. Zapraszam na przegląd miejsc, w których jadłem, piłem, byłem w minionym tygodniu. Traf chciał, że udało mi się odwiedzić ponownie Trójmiasto, gdzie miałem wizytę u ortopedy w związku z zerwanym więzadłem, więc przy okazji podjadłem tu i tam.


Gastro tydzień z WPK #1


Rozpoczynamy jednak od śniadania w miejscu, które kocham miłością absolutną i nigdy nie zdradzę. Pewnie już wiecie – w kontakcie wita nas! Ta niewielka kawiarnia otworzyła się na dobre po pandemii, choć dotarcie do niej stanowi niemałe wyzwanie ze względu na przeprowadzany remont ulicy Polaka. Tym razem wybór nie padł na klasyk z karmelizowaną cebulką, a hummus ze szparagami – w końcu mamy środek sezonu na nie. Kremowy hummus, szparagi, chrupiące migdały, lekko kwaśna remulada, mięta – klasa. Jak zawsze klasa. Ponownie dobrze się tu siedzi, w dalszym ciągu smakuje dobrze, w dalszym ciągu po prostu chcę tu wracać i zalecam Wam to samo.

To na śniadanie, ale przecież wypadałoby jeszcze zjeść obiad. Z racji planowanego wieczornego wypadu, nie zatrzymywałem się już w mieście, tylko zjadłem pod domem, w dobrze znanym Bistro Zatorska 60. Ich pierogi, a dokładniej półtora porcji z cebulką wysmażoną dokładnie tak, jak lubię, to hit. To jedne z lepszych pierogów w mieście, z leciutką, cienką warstwą ciasta oraz mocno serowym wnętrzem.

Wieczorem natomiast pierwszy raz od mojej jedzeniowej wizyty w La Famiglia, zawitałem pod nasyp na piwo. Miejsce mocno ukierunkowało się w stronę multitapu, stając się m.in. patronackim lokalem topowego browaru Trzech Kumpli. Trzeba przyznać, że składający się z trzech przęseł lokal robi wrażenie, podobnie jak wybór piw na kranach. Mamy tu wspomnianych Trzech Kumpli, piwa z browaru Cztery Ściany, świetny pils Albrecht, a podczas naszej wizyty trafiliśmy jeszcze na pyszne rzeczy z niemieckiego browary Sudden Death. New England IPA Fuzzy Haze najzwyczajniej w świecie powalił na łopatki i powtórzyłem go ze trzy razy. Pizza? Jest lepiej, niż na początku, ale w dalszym ciągu wypadałoby popracować na ciastem, które nie spędza zbyt wiele czasu na dojrzewaniu. Składnik niezły, ciasto jeszcze do dopracowania, ale jako miejsce na piwo – wzór.

Jeśli jednego dnia trochę popiłeś, to co należy zrobić z rana? Poprawić, tak. To oczywiście żartobliwie, ale traf chciał, że spotkaliśmy się z przyjacielem z czasów AWF, a kiedy nie widzisz się długo ze swoim przyjacielem, czasami wynikają z tego różne dziwne rzeczy. Wyruszyliśmy więc z rana na piwny podbój miasta, ale wycieczka szybko zakończyła się zakotwiczeniem na kilka godzin w Targowej Craft Beer&Food. W pięknych okolicznościach przyrody zasiedzieliśmy się trochę, pękło jedno, drugie i…. piwo, a potem na stół trafiły jeszcze odpowiednie strawy. Schab z ziemniakami – wiadomo, klasyka. Gzika jadłem tu na przestrzeni ostatnich miesięcy drugi raz i drugi raz stwierdzam, że to nie to. Suchy ziemniak, niedoprawiony, grudkowaty ser. No nie, ale piwo wiadomo.

Zanim jeszcze wyruszyłem ponownie w trasę do Trójmiasta, ruszyłem zjeść coś, co zwróciło moja uwagę dużo wcześniej i nie potrafiłem przejść obojętnie obok. Otóż Hala Monko przygotowała coś chorego, coś niestandardowego, coś dla prawdziwych pierogowych maniaków. Co takiego? Buła z pierogiem. Buła z mega pierogiem ruskim. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Zamknięcie pieroga ruskiego w bułce jest dla mnie hitem, a przede wszystkim smakuje i kosztuje jedyne osiemnaście złotówek. Lubię takie kompletnie nieszablonowe zagrania, ale doceniam w ogóle samo miejsce – za klimat, za przyjazną atmosferę, za porządek, za kawę i fajnie prowadzone social media.

Udało mi się także spróbować czegoś w domu – o, dziwo, tak! Czasami robię jakieś jedzenie w domu, choć chyba w tym wypadku stwierdzenie o robieniu nie jest do końca trafione, ponieważ po prostu ugotowałem ravioli z bobem i ricottą z La Fileja, podsmażyłem na masełku i dodałem dużo parmezanu. Jako psychofan bobu stwierdzam, że to największy prezent tego dnia. Lekkość ciasta, charakterystyczny smak bobu, ostrość parmezanu, i powoli można kończyć. Dobre, zwłaszcza, że w tym roku sezon bobowy ze względu po trochę na suszę, po trochę na chłody, może zostać w sferze marzeń.

Dwa spędzone w Gdyni i Gdańsku dni były mocno intensywne zarówno jedzeniowo, jak i pod względem atrakcji – głównie tych dziecięcych, w końcu akurat obchodziliśmy Dzień Dziecka. Na początek Gdańsk i tamtejsza Hala Targowa na Starym mieście. Przyznam, że trafiliśmy do niej dość przypadkowo, kierując się w stronę multitapu Pułapka, ale kiedy okazało się, że ten jest zamknięty, moim oczom ukazała się znajdująca się nieopodal Hala. Pomyślałem od razu – idziemy na zakupy, jakoś automatycznie zestawiając ją z tą wrocławską. O ile na placyku tuż obok hali faktycznie mieści się kilkanaście stoisk z dobrymi warzywami i owocami, tak po przekroczeniu bram hali rozpostarła się ogromna masa chińskiego badziewia rodem z bazarów początku lat 90. No szkoda.

Na szczęście jakieś 200 metrów dalej, kierując się w stronę gdańskiego Żurawia, natraficie na streetfoodowa oazę pomiędzy całą gamą gastro łapek na turystów. Klatka B to miejsce, o istnieniu którego dowiedziałem się w trakcie pandemii, a zasłynęło ono z wysyłania na całą Polskę swojego pastrami w formacie – zrób to sam. Z dostawy nie skorzystałem, natomiast zjadłem na miejscu i śmiało można powiedzieć, że to jedno z lepszych pastrami w całym kraju. Pastrami Katzenjammer (29 zł) z piklowaną czerwoną kapustą, cheddarem i majonezem z kiszonym habanero ma przyjemny balans pomiędzy ostrością, kwaśnością i dymnym posmakiem mięsa. Oj, dobre to to. Jeśli na pastrami w Trójmieście, to koniecznie do Klatki B!

Jako że nasi młodzi mają zajawkę na wszystko co związane z morzami, statkami, itp. ze względu na dziadka kapitana, korzystając z niespecjalnie wielkiego ruchu w centrum Gdańska, pierwszy raz weszliśmy na zacumowane przy nabrzeżu muzeum w statku Sołdek. To pierwszy przemysłowy statek wybudowany w polskich stoczniach po Wojnie, który obecnie pełni już tylko rolę pokazową. Może nie należy do najbardziej porywających, ale Kazek i Gutek schodzili z pokładu zafascynowani i z pytaniem – może wejdziemy jeszcze raz? Po zejściu można w ramach tego samego biletu przejść cztery piętra Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku, w którym poznacie historię łodzi i statków z całego świata i choć całość również nie wywołuje efektu wow, to choćby wystawa modeli okrętów na pewno zainteresuje wielu.

Po odrobinie kultury należy… coś zjeść, wiadomo. Wystarczy krótki spacer wzdłuż gdańskiej mariny, aby natrafić na jedno z gorętszych miejsc trójmiejskiej gastronomii, a więc Słony Spichlerz. To swego rodzaju Food Hall nad brzegiem Motławy, grupujący wewnątrz dziewięć różnych kulinarnych konceptów z różnych stron świata. Jest więc znane z Gdyni Pasta Miasta oraz Czerwony Piec, jest ramen i sushi, jest tex-mex, są owoce morza, a także burgery i coś tajskiego. Menu każdego z konceptów zostało okrojone, usiąść można w środku oraz w przestrzeni na zewnątrz – pod dachem i na świeżym powietrzu, obserwując przepływające łodzie.

Skusiliśmy się na gnocchi z szałwią i palonym masłem (17 zł) w Pasta Miasta, i tutaj nie ma zawodu – chciałoby się domówić kolejną porcję, gdyby tylko pierwsza nie wystarczyła. Młodzi gustują ostatnio w krewetkach, więc ich spojrzenia od razu skierowały się w stronę Delifish, gdzie w cenie 26 zł zjedli panierowane kalmary oraz za tyle samo krewety. Poziom nasączenia tłuszczem jednych i drugich niespecjalnie przystawał do ogólnie przyjętych norm. Przyzwoicie wypadł za to Pad Thai (35 zł) z Bangkuk by Thai Thai – aromatyczny, wyrazisty, nie za słodki. No i na koniec mały deser – brioszka na masełku z malinami i lodami od Błogo.

Jak oceniam Słony Spichlerz? Niewątpliwe samo miejsce robi wrażenie, zwłaszcza na tle większości konkurencji w okolicy, widoki są piękne, robią klimat, aczkolwiek jedzenie pozostawia momentami trochę do życzenia. Rozumiem jednak, że lokalizacja robi swoje, więc ciężko byłoby przesadnie narzekać. Będąc w centrum Gdańska warto spróbować, nawet na samego drinka, bo wewnątrz mieści się również okazały bar.

Gdynia przywitała nas pięknym i nieoczywistym w tym roku słońcem, a także kolejką do lodów od Marioli tuż nad bulwarem nadmorskim. O ile do innych smaków mam pewne wątpliwości, tak malina i sorbet cytrynowy dają mega owocowego kopa i smakują niezmiennie dobrze od lat. Na samej plaży tłumy niczym w ciągu najwyższego sezonu, w knajpkach i browarze Port Gdynia nad bulwarem również, a nasza dzieciarnia bez żadnej krępacji i obaw o temperaturę wody kąpała się w najlepsze. A że woda wyciąga energię i kalorie, po wyjściu z plaży należało szybko je nadrobić. Kierunek – ulica Starowiejska, gdzie w niepozornym zakątku znajduje się mocna grupa pod wezwaniem, a więc lokal AleBrowaru, wspomniana już wcześniej pizzeria Czerwony Piec oraz jedyny nieznany nam wcześniej – Honolulu Wise food.

Sama Starowiejska stanowi u mnie punkt obowiązkowy podczas każdej z wizyt w Gdyni, a teraz do małego piwa z pubu AleBrowaru dołączyło jeszcze jedzenie w Honolulu. Ogólnie przekraczając progi tego streetfoodowego przybytku nie nastawiajcie się na jakieś kulinarne szaleństwa, ale podchodząc do tematu z odpowiednim dystansem nie powinniście się zawieść. W menu znajdziecie sporo panierki, bowle czy burgery. Nasi młodzi kontynuowali podjadanie krewetek, moim łupem padła buła wypełniona kalmarami, natomiast żona zdecydowała się na wersję lżejszą i bowla z halloumi, awokado, ogórkiem, papryką i ryżem. Nazwałbym Honolulu takim luźnym podejściem do spraw głównie owoców morza, którego poziom ratuje dobre piwo i lokalizacja.

Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Total 9 Votes
4

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments