CULTO – bo tatar i frytki to szczęście


Nie chciałbym, aby ten wpis kolejnym podobnym opisem jedzenia, jak czynię to zazwyczaj. Jedzenie oczywiście będzie, ale chciałbym ugryźć temat CULTO inaczej. Wydaje mi się, że autorzy lokalu przy placu Kościuszki po prostu na to zasługują. Życzę Wrocławiowi więcej takich miejsc, dlatego najpierw krótki wstęp.

Sukces w gastronomii czasami rodzi się z przypadku, czasami dopomaga szczęście, do którego koniecznie dodać trzeba mnóstwo pracy. Istnieje jednak także bardzo wąska grupa właścicieli czy też szefów kuchni, będących wizjonerami, potrafiących wyprzedzać myśli o jeden krok do przodu. To właśnie kiedy oni otwierają cokolwiek, wiesz, że oto powstaje miejsce, w stosunku do którego nie będzie można być obojętnym. Szanuję mocno każdego, kto tworzy coś niebanalnego, z charakterem i jasno nakreślonym pomysłem na siebie. 

Rynek gastro zalany jest konceptami produkowanymi na jednej kalce – pizzeriami, gdzie do menu trafiają zapiekane makarony oraz polędwiczki. Śniadaniowniami z frankfurterkami oraz omletem z rukolą. Osiedlowymi restauracjami, gdzie burger z kiszonym i pomidorem stanowi punkt wyjścia. Smutne to, ale też musimy zdawać sobie sprawę z tego, jak wygląda podział całego naszego społeczeństwa. Liczba osób kreatywnych to ledwie kilka procent, reszta to wyrobnicy, osoby, którym można delegować jedynie proste zadania, bez konieczności tworzenia. Ten podział w pewnym sensie uwidacznia się właśnie w świecie gastronomicznym – może 10% wszystkich restauracji to lokale potrafiące zainteresować wymagających odbiorców, resztę stanowią projekty tworzone dla mas, zazwyczaj na niskim poziomie. Tę statystykę uwidacznia poniekąd ilość zamykanych każdego miesiąca knajpek. Nudnych, nijakich, pozbawionych pomysłu, kreatywnego podejścia, jakości, promocji, smaku.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ mam ogromny szacunek do każdego, kto tworzy coś. Właśnie, coś. Nie kopię, nie kalkę, a po prostu miejsce z charakterem. Zdaję sobie sprawę, jak wielkim wyzwaniem jest stworzenie nieszablonowej restauracji, wymykającej się schematom. Czy takie jest CULTO? Uprzedzę wszystko, co napisałem poniżej – tak!

Za CULTO właściwie w 100% odpowiadają osoby związane z Ragu, a jeśli mówisz Ragu, automatycznie stawiasz obok znak jakości. Jestem absolutnym psychofanem makaronowego miejsca z Sienkiewicza i zdarza się, że jem tam i trzy razy w tygodniu. Wielbię, dlatego też z ogromnym zainteresowaniem przypatrywałem się sytuacji związanej z otwieraniem CULTO. Otwarcie miało nastąpić jeszcze w marcu, ale wszyscy wiemy co wydarzyło się w tym miesiącu roku 2020, więc przesunięcie było naturalną koleją rzeczy. Mało tego, otwarcie w pewnym momencie niemal zawisło na włosku, ale na szczęście już po odmrożeniu udało się dopiąć wszystkie formalności i w ostatni dzień lipca odpalić mocno wyczekiwane miejsce na gastro mapie Wrocławia.

Pomysł na CULTO? Po pierwsze – ten pomysł jest, to po prostu widać i czuć. Tatar, fryty, hot dogi, a do tego ziemne piwo i lane frizzante. Amen. Sama otwarta kuchnia i bar pozwalający na złapanie bliskości z obsługującymi nas ludźmi mówią wiele o podejściu do gości. Każdy ma się tu czuć luźno, bez spinki, a zewnętrzny, długi, społeczny stół jak żywo nasuwa mi na myśl włoskie czy też hiszpańskie knajpki, gdzie gwar rozmów i obijanych szklanek można zaliczyć do największych atutów. I cholera, w CULTO udało się utworzyć ten klimat – idealnego miejsca na wyjście ze znajomymi, bycia wśród ludzi, chillowania w centrum Wrocławia, z miejskim jazgotem w tle.

Nikt tu nawet nie stwarza pozorów robienia czegoś na pokaz, nie próbuje nas przekonywać do przesadnej elegancji oraz pianek na talerzach. Ma być prosto, dla ludzi – w końcu dla nich tworzy się takie miejsca, i koniec końców powinno być smacznie. Bo umówmy się – jedzenie to swego rodzaju dodatek do klimatu, ale można i powiedzieć odwrotnie – klimat uzupełnia pojawiające się na talerzach potrawy. Synergia, harmonia, jakość, styl mogący przypasować młodym i starszym, z jednym zastrzeżeniem – przed wejściem należy wyjąć kij z tylnej części ciała.

Zazwyczaj unikam głośnych otwarć podobnych miejsc, głównie ze względu na umiejętność przewidywania tego, co wydarzy się podczas otwarcia. Tłumy w sensie. Moje szczęście polegało na tym, że CULTO otworzyło się po cichu dzień przed oficjalnym startem, dzięki czemu mogłem zjeść ze znajomymi na kompletnym luzie, bez przepychania się i tłumów. Taki fart.

Co zjedliśmy? Bez kozery powiem – niemal wszystko. Dużo tego było, ale i duże z nas chłopaki, więc sobie nie szczędziliśmy, bo i jak tu szczędzić, kiedy widzisz menu i mówisz w duchu, że chcesz zjeść każdą z pozycji. Kartę podzielono na cztery osobne działy – talerzyki, tatary, frytki oraz cooldogi z deserami. Rozpoczynamy od talerzyków, czyli czegoś na zasadzie tapasów, którymi można się dzielić. Ba, właściwie całe menu dostosowane jest w ten sposób, aby się nim dzielić, wspólnie bawić smakami, łączyć, mieszać, zapijać. Odrzućcie na bok konwenanse i standardy. 

Kalmary (31 zł) to złoto w najczystszej postaci. Grillowane w Big Green Eggu, przynosi fantastyczny, dymny aromat, a lekkość owoców morza z Apulii w całości wręcz powala. Sznycel (42 zł) to najdroższa pozycja w menu, ale też i chyba najbardziej sycąca. Ogromny kawał mięcha w chrupiącej panierce, obok kartoffelsalat podkręcone octem jabłkowym. Na luzie najecie się tą porcją we trójkę. Soczystego mięsa jest ogrom, pojawia się lekki kwas, ziemniory wypełniają kaloryczność, jakby było Wam mało.

Niejako na dokładkę wjeżdża hot dog (26 zł) w bułce od Michała Czekajło z Conceptu Stu Mostów. Wołowa kiełbasa nie jest przesadnie soczysta, ale mega konkretna, bardzo mięsna i lekko podwędzona, a połączenie z kimchi oraz słonawym sosem powoduje, że buzia się uśmiecha. Na myśl przychodzi pojęcie umami. Ogrom smaku, dobre rzeczy po prostu moi mili.

Zacieramy ręce, bo wjeżdżamy w tatary, a tatarki kochamy miłością totalną. Bób (33 zł) z bułką tartą oraz mocnym, chrzanowym sosem majonezowym raz jeszcze sprawia, że się uśmiecham. Mięso ma odpowiednią, temperaturę, jest chłodne, a jednocześnie pysznie rozpływa się w ustach, chrzan dodaje wyrazu, a bób.. bób to bób, jest najlepszy i tylko wynosi tatara na wyższy poziom. Szkoda, że to tylko opcja sezonowa. Fryteczki (36 zł) z udźca wołowego są wariacją na temat tatara z mojego snu. Cienkie frytki, delikatnie bardziej tłuste mięso, tarta trufla i majonez truflowy smaruje cały ten zestaw, aby nie było zbyt sucho. Matko, co tu się dzieje! To jest foodporn w najlepszym wydaniu, to jest pozytywnie popieprzone zestawienie, to jest cholernie smaczne.

Obstawiam, że hitem będzie Parmigiano reggiano (34 zł) z ligawy. Chude, sprężyste mięso, do tego lekko słodkie suszone pomidory, mnóstwo parmezanu i na tym można kończyć. Wołowina z toną parmezanu nie może nie smakować, po prostu. Pyszne. Opcją dla geeków będzie tatar ze szpikiem (32 zł). Jest tłuściutko, chimichurri daje kwaskowatą kontrę, ciekawie. Nie powiem, żebym był ogromnym fanem, ale niewątpliwie warto przeżyć taki miks choć raz w życiu. Tłuszczyk ulewa się po brodzie, milutko.

Koniec? Jaki koniec, dopiero zaczynamy. Teraz pora na fryty, a frytki kocham miłością absolutną. Każde, wszędzie, a kiedy są tak pojechane jak tutaj, kocham je podwójnie. Odkładamy kalkulatory kalorii, bo szkoda naszych nerwów. Genialne, totalnie genialne są fryty z boczkiem (32 zł). Pokrojony w kostkę boczek skomponowano tu ze słodko-kwaśnym, bardzo ekstraktywnym sosem takoyaki, lekko kwaśną cebulką, bobem i majonezem truflowym. Chyba kiedy już przeczytaliście te wszystkie dodatki, rozumiecie, co tu się dzieje. Odlot.

Moje serce szybciej bije podczas jedzenia frytek z mizerią (21 zł) i sadzonym jajkiem. Banał? Ciekawe czemu nikt wcześniej nie wpadł na przygotowanie takiego banału. To jest tak cholernie nasze, domowe, polskie, po prostu smaczne i nie pozostawiające pola do dyskusji. Na koniec jeszcze tatar z tuńczyka (38 zł). Tłustawego tuńczyka podtopionego w soku z kimchi, podanego z dzikim ryżem i edamame oraz majonezem wasabi. Jest bardzo rybnie, morsko, niewątpliwie tuńczyk będzie miał ciężko w rywalizacji z wołowiną, ale jeśli ten tuńczyk utrzyma swój poziom, ma szansę stać się ulubieńcem wielu miłośników ryb.

Kibicuję CULTO od samego początku, bo kibicuję każdemu, kto robi coś oryginalnego, smacznego, jakościowego, a przy tym umiejętnie wpisującego się w pewne obowiązujące w świecie trendy. Fine dining odchodzi w zapomnienie, comfort food wchodzi na salony. I ten tatar, te frytki na Kościuszki są comfort foodem kładącym każdy fajny dajning na łopatki. Dlaczego? Bo naprawdę wzbudza emocje, a jednocześnie jest totalnie niezobowiązujący, bo pozwala cieszyć się luzem, a jednocześnie cieszy smakiem. Umówmy się – CULTO wyznacza trendy i pokazuje kierunek, w jakim zmierza gastronomia. Kierunek smaku, jakości i braku nadęcia. Czy da się zjeść lepszego tatara we Wrocławiu? Pewnie się da, ale nikt nie zapewni tej określonej otoczki luzu i pewnej beztroski, jak w CULTO. Trzymam mocno kciuki za powodzenie projektu, Szefów Kuchni Kornelii Morman i Łukasza Szwajdy, i całej ekipy! To będzie kultowe miejsce i nie bójmy się tego mówić na głos.

CULTO

pl. Kościuszki 6

FB

Total 67 Votes
31

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?