O miłości do żużla, czyli co fajnego jest w ściganiu się w lewo.


Sport fascynuje i pobudza emocje ludzi na całym świecie, pod każdą szerokością geograficzną, niezależnie od koloru skóry, statusu oraz tego, czy mamy do czynienia z piłką nożną, baseballem lub curlingiem. Moja fascynacja sportem w ogóle trwa od najmłodszych lat, ale jeden sport pochłonął mnie zdecydowanie najbardziej. Żużel, a więc polski fenomen społeczny. Z czego tak naprawdę wynika?

Od dziecka byłem totalnym sportowym świrem. Oglądałem wszystko, a Przegląd Sportowy naprzemiennie z katowickim Sportem czytywałem codziennie od siódmego roku życia. Do tej pory zresztą to robię, opuszczając przez tych dwadzieścia kilka lat może dwadzieścia numerów największego sportowego dziennika. W sumie sam nie wiem skąd mi się to wzięło. Z jednej strony nikt nie uprawiał sportu w rodzinie, z drugiej sport w formie kibicowania był obecny od zawsze. Do tej pory wspominam opowieści ojca i dziadka o bogatych w sukcesy latach 60., 70, i 80. polskiego sportu, wspieranego mocno przez cały system propagandowy PRL. Krok po kroku chłonąłem wiedzę, czytałem, a właściwie to połykałem kolejne książki i wszelkie wydawnictwa stanowiące o sporcie wszelakim. Zupełnie nie grało dla mnie roli, czy czytam właśnie o lekkoatletycznym wunderteamie z lat 60., legendarnej wygranej polskich hokeistów nad ZSRR, a może wspaniałych kółkach kręconych na boisku przez Kazimierza Deynę.

W całym tym sportowym ześwirowaniu pojawił się w pewnym momencie on. Pan żużel. Sport tak niszowy, że obecnie uprawiany jedynie w kilku krajach, a tylko w Polsce cieszący się ogromnym, nie tyle niesłabnącym, a wręcz ciągle rosnącym zainteresowaniem ze strony kibiców i mediów. Sport w najprostszym wydaniu – startuje czterech zawodników, pędzących najszybciej jak się da przez cztery okrążenia, aby na końcu mógł wygrać jeden z nich. Po prostu. Choć oczywiście nieco uprościłem cały przekaz. Mamy przecież jeszcze motory oraz kilka innych czynników, wpływających na ostateczny sukces. 

SKĄD TA FASCYNACJA?

Mam przed oczami kilka obrazów. Pierwszy raz na wrocławskim Stadionie Olimpijskim pojawiłem się mając jakieś trzy lata. Ojciec bywał na meczach miejscowej Sparty Wrocław od lat, także z moim dziadkiem, więc siłą rzeczy kolejne pokolenie trafiało na coraz to bardziej rozlatujące się Olimpico. Czasy dla wrocławskiego speedwaya zdecydowanie nie były kolorowe. Całe lata 80. to drugoligowa szarzyzna, której nikt nie potrafił przekuć w choćby powiew optymizmu. W mojej głowie jednak powolutku kiełkowała miłość do tego sportu.

Kolejna retrospekcja przenosi mnie do Leszna. Co ciekawe, rodzinnego miasta mojego ojca, gdzie miejscowa Unia stanowi religię nie mniejszą, aniżeli piłkarska Barcelona w stolicy Katalonii. Zachowując wszelkie proporcje oczywiście. Moja ukochana Sparta organizacyjnie m.in. dzięki działającemu do tej pory w klubie Andrzeja Rusko powoli wychodziła z marazmu, a wtedy przystąpiła do barażu o awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Niewidzianej w stolicy Dolnego Śląska od ponad dekady. Pamiętam wyjazd do wielkopolskiej mieścinki, pamiętam radość po wygranej, a także samo podniecenie podróżą. Zaznaczę, że miałem tylko pięć lat i ta sytuacja pokazuje mi, jak ważnym zadaniem stojącym przed rodzicami jest wszechstronne rozwijanie pasji u swoich dzieci od najmłodszych lat.

Trzeci flashback – Stadion Olimpijski, 20. maja 1995. Pierwsze zawody indywidualnych mistrzostw świata w nowej formule Grand Prix. Akurat we Wrocławiu, ówczesnej stolicy polskiego żużla, na stadionie dosłownie pękającym w szwach. Bez numerowanych krzesełek, z drewnianymi ławkami w najlepszej sytuacji, a raczej z betonowymi blokami do siedzenia. Tłum, morze ludzi z każdego zakątka Europy, ale i ze Stanów Zjednoczonych.

Niebywała atmosfera, jedna z pierwszych imprez z dobrym marketingiem – albo tak mi się tylko wtedy wydawało, kolorową oprawą, co w tamtejszej szarej Polsce stanowiło niebywały powiew świeżości. Do tej pory pamiętam z jaką czcią traktowałem pełen zdjęć zawodników kolorowy program zawodów. Całość zakończyła się w iście hollywoodzkim stylu, zwycięstwem wtedy dopiero pukającego do czołówki światowej Tomasza Golloba. Olimpijski wybuchł, kompletnie oszalał, a ja już wiedziałem, że żużel będzie tym, co pokochałem na zawsze. To była magia w najczystszej postaci.

INNY ŚWIAT

Nie ukrywam, że trochę brakuje mi tego romantyzmu wspomnianych lat. Tego oczekiwania na kolejne zawody – a musicie wiedzieć, że sezon żużlowy trwa jakieś pół roku. W tym czasie na stadionie w danym mieście odbywa się 15-20 imprez. Można było się stęsknić, a każdy mecz urastał do rangi święta, ogromnego wydarzenia, możliwości przeżycia czegoś wyjątkowego. W telewizji można było przy odrobinie szczęścia zobaczyć jakieś 5% wszystkich imprez. Obecnie właściwie każdego dnia w sezonie speedway gości na ekranie i momentami – co dopiero muszą czuć fani piłki nożnej – pojawia się przesyt. Chwilowy oczywiście, ale jednak najlepiej smakuje to, co niedostępne, jak to miało miejsce niegdyś.

Kiedy jednak wspominam o żużlowym romantyzmie, od razu do głowy przychodzą mi mniejsze miejscowości, gdzie brak wielkich pieniędzy, stadionów, ale nie brak ogromnego zaangażowania społecznego. Świetnym przykładem jest tutaj wielkopolski Rawicz, do którego co rok robimy wycieczkę z młodymi, ale nie autem, a pociągiem – stacja znajduje się tuż przy stadioniku. Stadioniku położonym gdzieś w polu, z malutką trybuną i tymi samymi kibicami od kilkudziesięciu lat zajmującymi swoje krzesełka. No i niezniszczalną kiełbą z grilla i browarem z kija. Świetnie patrzy się na zaangażowanie miejscowych w organizację sportu w niższej klasie rozgrywkowej. Bo żużel to domena mniejszych miast, a właściwie tylko Wrocław obstaje na straży pilnowania tradycji w największych ośrodkach.

EMOCJE

Nie zmienia to faktu, że każda wizyta na stadionie wywołuje dreszczyk. Co tam – wielki dreszcz emocji. Pierwszy ryk motorów podczas próby toru zwiastuje nadchodzące emocje. Potem odwiedziny w punkcie, gdzie kupić można program zawodów do zapisywania wyników na bieżąco, zerknięcie czy nie pojawiały się nowe gadżety w klubowym sklepiku, a potem wejście na zapełniające się z minuty na minutę trybuny. Szum kibicowskich rozmów, spotkanie ze znajomymi, w końcu pierwsze ryknięcie silników i start całej żużlowej maszyny. Bieg za biegiem, walka na torze, specyficzny zapach – choć i tak już nieco inny, niż przed laty. Podobnie jak sam warkot tłumików nieco przyciszony przez obostrzenia Unii Europejskiej.

Jest w żużlu prawda, choć nie da się uciec od tego, że w porównaniu do poprzednich dekad coraz więcej zależy od maszyny, aniżeli człowieka. Koniec końców jest jednak twardziel na motorze, jego maszyna i trzech przeciwników stojących pod taśmą startową, której podniesienie powoduje szybsze bicie serca u wszystkich uczestników imprezy. Prawda i szaleństwo zarazem, bo przez cztery okrążenia pędzisz maszyną bez hamulców, której prędkość dochodzi do 120 km/h i wszystko zależy już tylko od ciebie. Są w żużlu emocje i podniecenie, powodujące, że zakochują się w nim kolejne pokolenia – dzięki prostym zasadom, widowiskowości, szybkości, a przy tym akcji rozgrywającej się w ogromnym tempie przez minutę na torze.

Wyjście na stadion to cały rytuał, znany mi od dzieciaka. Kiedyś to ja podpytywałem – kiedy idziemy, teraz to moi młodzi co chwilę zagadują – o której mecz? Bo żużel to sport, który łączy…

POKOLENIA

Jako kilkulatek w trakcie przerw pomiędzy poszczególnymi biegami latałem z innymi dzieciakami po tak zwanym wybiegu znajdującym się na rodzinnej trybunie. Trybunie przy wejściu w drugi łuk wrocławskiego toru, niegdyś sąsiadującej jeszcze bezpośrednio z parkingiem żużlowców. To właśnie tam wpatrywałem się przez ogrodzenie na prace dokonywane przy motorach w trakcie meczu w latach 90. przez Dariusza Śledzia czy Tommy Knudsena. Na tym samym wybiegu podczas swoich pierwszych wizyt na Olimpijskim biegali moi synowie. Bo żużel to sport kibicowsko umiejscowiony w zupełnie innym miejscu, niż piłka nożna czy koszykówka. To sport rodzinny, a widok ogromnej ilości kobiet i dzieci na trybunach nikogo nie dziwi. Spośród moich bliskich znajomych przynajmniej kilku pojawia się na meczach wraz z ojcami, mamami i swoimi dzieciakami. Trzy pokolenia siedzące obok siebie to właściwie klasyka.

To właśnie jeden z tych sportów, w których kibicowanie konkretnemu klubowi przechodzi z ojca na syna, z pokolenia na pokolenie. Sparcie Wrocław kibicował mój dziadek, ojciec, kibicuję ja, kibicują moi synowie i żona. Taka kontynuacja to gwarancja funkcjonowania klubu – w końcu bez tak licznie przychodzących w ostatnich latach kibiców na trybuny wrocławskiego stadionu nie byłoby sensu funkcjonować. Kolejne pokolenia zaszczepiają miłość następnym i tak się to kręci od kilkudziesięciu lat.

Tak jak kiedyś ja emocjonowałem się popisami na torze Piotra Barona czy Tomasza Golloba, a ich przejście tuż obok mnie w parku maszyn stawało się wielkim przeżyciem. Tak obecnie moje dzieciaki długimi tygodniami wspominają przypadkowe spotkania z Maćkiem Janowskim czy Glebem Chugunowem w jednej z wrocławskich restauracji. Co to do Maćka – wrocławskiego bohatera, chłopaka stąd, to właśnie jego debiutancki mecz w barwach Sparty był tym, na który premierowo zabrałem swoją ówczesną dziewczynę, obecnie żonę. Spodobało się bardzo, a ja pamiętam o tym, jak opowiadałem o ‘niezwykle utalentowanym chłopaku, mającym być gwiazdą za kilka lat”. Chyba się sprawdziło.

UZALEŻNIENIE

Napisałem wyżej, że siłą żużla są jego proste zasady, twarda walka i adrenalina. Ta ostatnia uwalniana na równi u walczących na torze zawodników, jak i fanów podgryzających paznokcie na trybunach. Kocham też brak elitaryzmu wśród kibiców- widocznego w wielu dyscyplinach, oraz chamstwa na trybunach – poza pojedynczymi przypadkami. Wspaniałym przykładem rodzinnej atmosfery – tak niezwykłej dla wielu pełnych agresji sportowych aren, był finał ligowych smagań w 2021 roku, kiedy to przyjezdni kibice Motoru Lublin nagradzali brawami walczących z ich klubem zawodników Sparty Wrocław. Wrocławianie z kolei uhonorowali przegranych w tej walce rywali skandowaniem nazwy ich klubu. Niebywała rzecz dla ludzi funkcjonujących jedynie w świecie piłki nożnej.

Charakterystycznym elementem żużlowej zajawki jest uzależnienie od emocji, ale i sukcesu, a także zrozumienie nieuchronności porażek. Rozumie to chyba każdy kibic, bo sukces podnieca, wywołuje drżenie rąk i szybsze bicie serca. Sukces każe na siebie jednak czekać – tak, jak my czekaliśmy 15 lat na kolejny tytuł mistrzowski Sparty Wrocław. Sukces po 15 latach smakuje jednak wyjątkowo. Naznaczony porażkami, latami niepowodzeń czy po prostu pecha. W 2017 roku Sparta prowadziła w finałowym meczu z Unią Leszno dziesięcioma punktami i już witała się z gąską. Kilka kolejnych biegów drastycznie rozwiało nasze marzenia o powrocie złotych medali do Wrocławia. Łezka żalu skapnęła mi wtedy po poliku. Tak jak teraz łezka zwycięstwa pojawiła się w kąciku oka po zapewnieniu tytułu przez ekipę dowodzoną przez Dariusza Śledzia i Grega Hancocka. Żużel uzależnia i kiedy zakochasz się w nim po uszy, jesteś na stadionie w latach chudych, ale i obfitujących w sukcesy. Jedziesz do Rawicza, Opola, Tarnowa czy Torunia, bo akurat tam odbywa się mecz. Sam z rodzinką tylko w ostatnich latach byłem na żużlu w Lublinie, Warszawie, Lesznie, Wrocławiu oczywiście, czy wspomnianych Rawiczu i Opolu.

I wiem, że będziemy już z żużlem na zawsze – we Wrocławiu lub gdzie indziej, choć to Sparta Wrocław siedzi w moim sercu. Tak jak sport żużlowy siedzi w sercu moich dzieci, wielu przyjaciół, żony. Nie zamierzam Namawiać nikogo do pójścia na speedway, bo nikt nigdy nie zakochał się na siłę. Natomiast jeśli będziecie mieć kiedyś szansę pojawić się na stadionie, weźcie dzieciaki, przyjaciół, ojca i mamę, i spróbujcie wczuć się w ten klimat. Może uda się Wam zrozumieć fenomen sportu tak niewiele znaczącego w skali świata, a tak wspaniałego. Bo jego fenomen polega nie tylko na samym sportowym widowisku, ale całej otoczce, historii, emocjach, a także wspólnym spędzaniu czasu z bliskimi i w tym zabieganym świecie stanowi fantastyczny pretekst do tego, żeby poświęcić im czas. 

Do zobaczenia na żużlu!

 

Total 21 Votes
2

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments