7.8 C
Wrocław
poniedziałek, 4 marca, 2024

Przystanek Wrocek – dlaczego szkoda mi czasu na ocenianie słabych restauracji?

  • Kawa i wuzetka są obowiązkowe dla każdego. Bijemy się o Złotą Patelnię.
  • Dobrze, pani pozwoli zestaw obowiązkowy. 

To cytat z mojego ukochanego Misia, ale żyjąc na co dzień w Polsce, zastanawiam się czasami czy nie za dużo z tej fikcji przedostało się do naszej teraźniejszej rzeczywistości. Ostatnio w jednej z restauracji, do której wysłaliście mnie na podstawie głosowania na Facebooku, miała miejsce taka sytuacja:

  • Poproszę zupę pomidorową Magdy Gessler.
  • Nie ma, dzisiaj tylko pieczarkowa. Bierze Pan?
  • Hmmm, dobrze, do tego ruskie.
  • Nie ma ruskich. Dzisiaj tylko schabowy. Lubi Pan schabowego z kością, bardzo dobry?
  • Niespecjalnie, może devolaja.
  • Nie, nie ma, dzisiaj tylko to, to i to.
  • Ok, proszę roladę.

Już chyba wiecie o jakim miejscu mówię. Żeby nie było, w restauracji Przystanek Wrocek zjawiłem się w godzinie wybitnie obiadowej, ale też przed największym tłumem, o czym świadczy także fakt, że na sali byłem sam. Gdyby nie to, że przejechałem pół miasta, żeby sprawdzić to miejsce na Wasze życzenie, nie zamówiłbym nic, ale ostatecznie wziąłem tą nieszczęsną pieczarkową i roladę z kluskami śląskimi.

Miałem cholerne obawy przed przekroczeniem progu knajpki, której sama nazwa wywołuje u mnie mieszane uczucia, choć nie tylko ona. Zarówno ze względu na samą Panią Gessler, która w zeszłym roku przeprowadziła tu swoje rewolucje, jak i opinie znajomych, aż po samą lokalizację restauracji. Sami przyznacie, że w takim miejscu, w bocznej uliczce, przy wejściu przypominającym bardziej jakieś hale hurtownicze, restauracji byście się nie spodziewali. Wnętrze to taki potworek w stylu późny Gierek, wczesne rokokoko. Niby są całkiem niezłe zdjęcia Wrocławia – w dużym i mniejszym formacie, a z drugiej strony jakieś kompletnie od parady przyczepione do każdego stolika lampki, rollbar (!) Piasta i parawan gdzieś obok. Do tego te ceraty a’la gazety, pomarańcze na wystawce oraz solniczka i pieprzniczka z innej bajki na stole. Za dużo jak dla mnie.

Pierwsza myśl – cholera, ktoś kto odpowiadał za urządzenie tego miejsca musiał nie mieć za grosz wyczucia. Zdecydowanie posiadał też wyobrażenie nie o najnowszej odsłonie gastronomii, a tej sprzed kilkunastu lat. Takich wnętrz bardziej spodziewałbym się po jakiejś przydrożnej knajpie, aniżeli restauracji po rewolucjach w centrum sporego miasta w dość mocno rozwijającej się części Europy. Moje dania? Pieczarkowa całkiem przyzwoita, na tłustawym wywarze, ze sporą zbyt twardych grzybów i, co zaskakujące, ziemniaków. Miałem też wątpliwą przyjemność spróbować serwowanej w tym miejscu rolady po śląsku. Suchej, twardej, a na dokładkę wypełnionej czymś bliżej nieokreślonym. W każdym razie wyglądało mi to na zmieloną ze skórą, nie do końca dogotowaną kiełbasę. Wziąłem kilka gryzów, ale odpuściłem i chyba wygrałem, bo wyglądało to na danie, po którym mógłbym czym prędzej popędzić do toalety. 

Długo myślałem czy Wam o tym w ogóle pisać, ale w końcu ten splot niespecjalnie przyjemnych okoliczności przyczynił się do tego, że postanowiłem Wam wytłumaczyć kwestię, o którą często mnie zagadujecie. Co jakiś czas w komentarzach prosicie mnie o odwiedzenie jakiegoś konkretnego miejsca, na co odpowiadam, że już tam byłem, ale po prostu nie napisałem relacji. Tak, nie wszystkie restauracje, które odwiedzam, opisuję na blogu. Zwłaszcza od niedawna, kiedy na dobre zdałem sobie sprawę, że ten blog – przez jednych lubiany, przez innych nienawidzony, faktycznie zaczął mieć pewien wpływ na działanie wrocławskiej, lokalnej gastronomii. Mam nadzieję, że uda się Wam zrozumieć mój tok myślenia.

Na początku mojej działalności na blogu opisywałem wszystko jak leci. Jeśli w środę byłem w barze Miś, w czwartek szedłem jeszcze raz, a w piątek to opisywałem. Kiedy z żoną zjedliśmy fatalny obiad w restauracji X, nie omieszkałem Wam o tym napisać. Wynikało to z kilku czynników. Po pierwsze taki był zamysł bloga – opisywać całą wrocławską gastronomię, jej lepsze i gorsze strony, restauracje i bary, food trucki i osiedlowe chińczyki. Po drugie natomiast – nie miałem tego doświadczenia, którym dysponuję obecnie, a co za tym idzie starałem się odwiedzać każde jedno miejsce po kolei, choć żeby być sprawiedliwym, trzy lata temu było o wiele mniej ciekawych lokali, aniżeli teraz. Obecnie w pewien sposób selekcjonuję odwiedzane miejsca. Jeśli przewiduję, że w danym barze czy restauracji coś może nie zagrać, menu nie rokuje lub właściciele przyczynili się do położenia wcześniejszych pięciu biznesów, daję sobie spokój, bo po co tracić kasę i własny czas, po co reklamować na blogu takie punkty. A musicie wiedzieć, że nawet negatywny wpis na WPK sprawia, że czytelnicy udają się sprawdzić czy faktycznie jest tak źle. Coś na zasadzie – skoro Gładczak mówi, że dramat, a hu… się zna, to pójdę, bo pewnie jest dobrze. 

Moim głównym celem prowadzenia WPK jest wspomaganie rozwoju miejscowej gastronomii. Czy mi się udaje, czy nie, ocena należy już do Was, ale nie uważam za słuszne, aby poświęcać moje łamy dla lokali, które robią słabe jedzenie. Wolę wypromować nieznany jeszcze szerszej publiczności food truck z ciekawym menu lub niewielki bar osiedlowy, robiący uczciwe domowe obiady. Wyjątki są dwa – nie mam litości z krytyką w stosunku do restauracji zwyczajnie oszukujących swoich gości. Nie znoszę i nie akceptuję sprzedawania nam produktów na poziomie tych marketowych pod przykrywką marek premium. Sorry, na dłuższą metę to się nie sprawdza, a każdy co bardziej wyćwiczony w restauracyjnych sztuczkach mieszkaniec Wrocławia zrozumie, że ktoś chce go nabrać i zrobić skok na kasę z jego kieszeni. Druga sprawa – mam alergię na hasła w typie: robimy najlepsze pierogi, musisz przyjść do nas, bo mamy najwspanialsze steki w mieście. Wtedy zapala mi się lampka, poprzeczka zostaje ustawiona wysoko, a rzeczywistość szybko weryfikuje właścicieli wyrywających się z takimi tezami. Skromność, skromność i jeszcze raz praca, to popłaca w gastronomii.

Dochodzi do tego także pewna świadomość. Jako że staram się Wam polecać i naprawdę zachwalam miejsca pracujące na najlepszej jakości produktach, z założenia odkładam na koniec listy wizyty w restauracjach, w których ceny w menu świadczą raczej o używaniu kurczaków za 6 zł/kg, niż zagrodowych o kilkukrotnie wyższej wartości. Lubię streetfood, promuję często uliczne jedzenie, ale zazwyczaj to przygotowywane w zgodzie z pewnymi kanonami. Nigdy nie przyklasnę chodzeniu na skróty i oszukiwaniu gości. 

Jedno się nie zmienia – zawsze jestem uczciwy w stosunku do Was. Nie oceniam nikomu na złość, nie zamierzam doprowadzać do zamknięcia czyjegokolwiek biznesu. Dlatego wolę czasami odpuścić relację, pomimo zaliczenia obiadu czy kolacji i zapłacenia za siebie, bo w 99% przypadków i tak rynek szybko weryfikuje taką restaurację, a przynajmniej nie będę wysłuchiwał opinii, jak to mój wpis na blogu zamordował czyjąś działalność. Często zarzucacie mi także, że na siłę kogoś krytykuję, bo to wzbudza emocje. Uwierzcie mi, jak już wspomniałem wyżej, najczęściej odpuszczam opisywanie miejsc, które mógłbym pogrążyć. Nie warto poświęcać swój wolny czas na wojenki i facebookowe przepychanki z właścicielami takich przybytków. Pięć lajków, które wtedy zyskam, nie zmienią kompletnie nic w mojej sytuacji.

Total 108 Votes
23

Napisz w jaki sposób możemy poprawić ten wpis

+ = Verify Human or Spambot ?

Komentarze

komentarze

Podobne artykuły

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Polub nas na

103,169FaniLubię
42,400ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
1,420SubskrybującySubskrybuj
Agencja Wrocławska

Ostatnie artykuły