18.1 C
Wrocław
piątek, 12 kwietnia, 2024

Dlaczego chyba nigdy nie zrozumiem wegan

Po kilku moich tekstach wiem jedno – weganie z Wrocławia mnie nie lubią. To pewne, choć najśmieszniejsze w całej tej sytuacji jest to, że ja wegańskie jedzenie… bardzo lubię. Oczywiście to na poziomie, rzecz jasna. Wystarczy powiedzieć, że jednym z moich planów na 2018 rok jest odwiedzenie monachijskiej restauracji, co prawda tylko wegetariańskiej Tian, nagrodzonej gwiazdką Michelin. Jakiś czas temu na grupie wegan i wegetarian z Wrocławia pojawił się link do mojego tekstu o wegańskim kebabie z, nazwijmy to, pojazdem mojej działalności internetowej. Mniejsza jednak o to, bo wiem, że niektórych nigdy nie przekonam do swoich przekonań względem nazewnictwa wegańskich potraw w poszczególnych barach. Tego, że ktoś wegańską kaczką nazywa kawałek soi albo kebabem pieczeń z tempehu nie zrozumiem nigdy. Rozumiem pasztet z soczewicy, rozumiem parówkę z soi, podobnie jak kotlet z buraka. Nic w tym zdrożnego. Ot, forma podania konkretnego produktu. Natomiast droga w kierunku wegańskiego boczku czy kebabu jest dla mnie co najmniej kontrowersyjna, by nie powiedzieć śmieszna. Ale żeby nie było, nie o samym nazewnictwie dzisiaj. Dzisiaj będzie o konkretach, żeby wegańska społeczność nie wytknęła mi, że ich nie lubię, najeżdżam na nich czy też pastwię się. Ja po prostu staram się rozumieć pewne mechanizmy, których chyba zrozumieć się nie da. Przynajmniej w oparciu o racjonalne przesłanki.

Skąd w ogóle pomysł na ten tekst i lekkie wzburzenie? Otóż pod koniec roku na ulicy Trzebnickiej wystartował drugi lokal znanego z Grunwaldu baru Warzywniak. Baru lubianego przeze mnie od pierwszego dnia działalności, czego potwierdzeniem choćby ten tekst. Bo dobre jedzenie nie ma dla mnie smaku mięsa. To składowa wielu kwestii, w tym tak ważnych, jak klimat, pomysłowość czy rodzaj użytych produktów. Na myśl o drugiej miejscówce Warzywniaka może nie zareagowałem entuzjastycznie, ale ucieszyłem się ze względu na bliskość od pracy.

Do Warzywniaka numer dwa poszedłem, pamiętając to wszystko dobre, z czego ów bar zasłynął na początku swojej działalności i wcale nie były to ceny, choć te faktycznie należały do niskich. Zbyt niskich, co potwierdziła rzeczywistość. Właściciele Warzywniaka mieli swój pomysł na to miejsce, mieszając klasyczne dania kuchni polskiej ze streetfoodowymi specjałami z całego świata. I wiecie co? Ktoś tu chyba zbytnio obrósł w piórka, zadowalając się pochwałami pierwszego lokalu i nagle zaczął robić shit. Rozumiem oczywiście, że wizja drugiego lokalu ma być inna, bardziej streetfoodowa, ale halo – w jaki sposób zamiana curry, quesadilli czy spring rollsów na knyszę z gyrosem (!) miałaby być atrakcyjna, i dla kogo. Naturalnie mogę podpowiedzieć, w jaki sposób mogłaby, ale niestety nie jest.

Otóż menu Warzywniaka na Trzebnickiej opiera się na knyszy wrocławskiej z gyrosem, pizzy z pepperoni, wrapie z gyrosem czy zestawie z gyrosem. Poza tym są jeszcze znane z pierwszej lokalizacji pierogi z tofu, zapiekanka czy grochówka z boczkiem. I teraz najważniejsze – pomijam, absolutnie pomijam kwestię nazewnictwa. Rozumiem, żę sprawy etyczne wielu osobom nie pozwalają jeść produktów pochodzenia zwierzęcego, ale potrzeba obcowania z ich smakiem gdzieś pozostała. Jasne, w końcu ciężko odzwyczaić się od pewnych przyzwyczajeń wyniesionych choćby z rodzinnego domu, gdzie mięso stanowiło podstawową część składową każdej potrawy, bo wracający z tyry ojciec Franek potrzebował solidnej porcji pieczonej golonki. Jasna sprawa. Tylko chciałbym zapytać wegan, dlaczego do jasnej cholery godzą się na wciskanie im gówna pod postacią znanych składników, które jednak w żadnym wypadku nie smakują jak wspomniany gyros, boczek czy kaczka. Czy ja zgodziłbym się na zjedzenie tempehu dla mięsożerców, zrobionego z wołowiny, gdyby smakował dalej jak wołowina? No absurd.

Jeśli ktoś robi dziadostwo i naciąga wegan na kebab, który nie tyle, że nie jest kebabem, ale po prostu nie smakuje jak on i w ogóle nie smakuje, to trzeba o tym pisać. Tak jak trzeba pisać, kiedy ktoś sprzedaje Niemcom na Rynku pierogi ruskie za 33 zł, choć nie mają nic wspólnego z ruskimi. Nie można się godzić na wszystko.

Przykład pierwszy z brzegu – knysza z Warzywniaka w cenie 12 zł. Słynna knysza, która do tej pory w budzie na Dworcu Głównym kosztuje jakieś 7 zł. Mniejsza o cenę, to pewnie kwestia kosztów wyprodukowania wegańskiego gyrosu, które są wyższe, niż bezsmakowy „kotlet” z Biedronki, trafiający zazwyczaj do środka. Pominę sam fakt wpadnięcia na pomysł wrzucenia do menu knyszy, która kojarzy się we Wrocławiu – przynajmniej mojemu pokoleniu – dość jednoznacznie, jako kwintesencja nijakości gastronomii lat 90. Nikt chyba nie zliczy ilości zatruć, jakie nastąpiły po spożyciu tego wątpliwego cudeńka sztuki kulinarnej. Ale ok, pomyślałem. Pewnie ktoś miał tu głębszy plan i chciał nieco odświeżyć niespecjalnie korzystny obraz knyszy, kreujący się w oczach przeciętnego wrocławianina. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że w żadnym wypadku tak nie jest. Knysza wrocławska z Warzywniaka jak nic nawiązuje do najgorszych wzorców wprost ze śmierdzących budek na dworcu w 1992 roku. Do środka ktoś wepchnął kukurydzę, kapustę, ohydnego ogórka konserwowego, pomidora, ostry sos, sos czosnkowy i jakąś tonę sojowego gyrosu. Gyrosu kwaśnego w odbiorze, ale nie wiem czy ze względu na fermentowaną soję czy któryś z sosów. Aaa, całość została wykończona tak modną w ostatnich 15 latach rukolą. Zabrakło tylko zawijasa z sosu balsamicznego. Obraz nędzy i rozpaczy.

Czy knysza musi odstraszać? W żadnym wypadku, ale zróbmy ją w fajnej bułce, a nie w tym twardym i sypiącym się po podłodze produkcie bułkopodobnym. Zamiast kupnego ogórka konserwowego dorzućmy ukiszonego na miejscu albo kiszoną kapustę od Sznajderów. Wykorzystajmy produkty, od których bije jakość, w które włożyliśmy minimum serca, a nie bezwiednie wrzucajmy najgorsze dno. Kiedy piszę te słowa na dzień dobry do głowy przychodzi mi sześć pomysłów, w jaki sposób wykorzystać tę knyszę i ciekawie połączyć smaki. Ktoś jednak wpadł na genialny pomysł – skopiujmy najbardziej obciachowe połączenie smakowe w historii polskiej gastronomii, tylko wykonajmy je w wersji wegańskiej. Ciężko to w ogóle skomentować.

Często zdarzają się weganie, którzy jedzą tylko i wyłącznie produkty roślinne, ale głównie produkty wysoko przetworzone, fast foody, fatalne słodycze czy zawierające olej palmowy tłuste potrawy. I tutaj odczuwam dysonans, bo ja osobiście nie godzę się na jedzenie smakujących jak karton burgerów w McD, a ludzie, którzy tak bardzo wojują w internecie w imię etyki, pędzą ślepo do kolejnego baru wegańskiego i jedzą bezsmakowe kebaby, gyrosy, boczki i tym podobne kaczki powstające z roślinnych składników, podawane w formie najpodlejszych fastfoodów z najtańszymi sosami z gotowca i warzywami hodowanymi w gorszych warunkach, aniżeli te biedne, nadzwyczaj szybko dorastające kurczaki. I naprawdę będę pierwszym, który pochwali właścicieli tych barów, kiedy stworzą kebab o smaku kebabu, a nie przyprawy do kebabu.

W Warzywniaku udało mi się zjeść jeszcze zupę jarzynową z gotowymi warzywami z mrożonki, tak sezonową w grudniu fasolką i wspaniale pokrojonymi w harmonijkę marchewkami. Udało mi się również z wielką przyjemnością pochłonąć zupę z soczewicy – aromatyczną, dobrze doprawioną, gęstą i jak najbardziej nawiązującą do pierwszego Warzywniaka. W końcu trafiłem także na quesadillę z soczewicą w formie brązowo-burej ciapy, fasolą, groszkiem i kukurydzą, o smaku nieprzypominającym absolutnie żadnej znanej mi przyprawy. Niby był to kumin, ale wybaczcie, kumin tak nie smakuje.

I zadziwia mnie, że ludzie, którzy w większości przechodzą na weganizm ze względów etycznych i jakościowych, w przypadku wielu barów godzą się na podawanie czegoś takiego. Mało tego! Przychodzą, jedzą i wychwalają pod niebiosa. Dlaczego w Żyznej, w kontakcie czy The Root mogą robić coś w miarę oryginalnego, wyglądającego jak należy i świetnego smakowo, a w Warzywniaku czy Green Busie sprzedaje się kebaby, które nie są kebabami ani pod względem kwestii technicznych, ani smakowych, o jakości nie wspominając? A i tak przyciągają tłumy wygłodniałych wegan. Chciałbym zrozumieć tę frakcję wojujących w internecie wegan, którzy są w stanie zaatakować każdego, kto odważy się powiedzieć pół złego słowa na ich bary. Na bary robiące po prostu złe jedzenie, bez podziału na wegańskie i niewegańskie. Ale raczej nigdy nie zrozumiem.

Total 160 Votes
51

Napisz w jaki sposób możemy poprawić ten wpis

+ = Verify Human or Spambot ?

Komentarze

komentarze

Podobne artykuły

9 KOMENTARZE

  1. Niektórym wlwłaścicielom się wydaje, ze weganie są tak zdesperowani, że zjedzą wszystko, jeśli tylko będzie opatrzone etykietą wege i, że to dobry pomysł na zarobek, bo wege jedzenia jest znacznie mniej, więc zawsze na jeleniach się zarobi. Ogólnie smutne.
    Tak właściwie to, że ktoś jest weganem nie znaczy zupełnie, ze zależy mu na jakości czy zdrowiu, może chodzić przecież tylko o zwierzęta, więc nie dziwię się, ze niektórzy jedzą szit, bo sorry, tak samo tłumy sa w wspomnianym Macu, do ktorego zresztą weganie też chodzą jak widzę chociażby w grupach. Frytki np sa wegańskie. Zawsze będą ludzie, którzy będą się godzić na takie jedzenie niestety, przecież jest dużo obrońców chociażby maca czy kiepskich barów, więc będą i bronić tego baru. Zwłaszcza, że niektórym bylejakość niestety nie przeszkadza.
    Co do wege kaczki, widziałam kiedyś przepisy i faktycznie lekko dziwne. Robiłam kiedyś wegański boczek sama jem mieso) i tu akurat rozumiem nazwę, smakuje jak boczek, wygląda jak boczek, pasuje tam gdzie boczek – łatwiej tak to ludziom pojąć i w sumie mi tym krzywdy nie robią. Bardziej krzywdę robią mi właśnie kiepskie bary próbując wcisnąć szit, gdy ich jedyna zaletą jest brak mięsa.

  2. Po pierwsze widać, że malo podrozujesz po swiecie skoro tak trudno jest Ci 'przełknąć’ fakt, ze weganie mogą mieć ochotę na 'mięsny’ smak. 'Podrabianie miesa’ praktykowano w Chinach juz kilkaset lat temu po to by zachęcić osoby jeżdżące mięso do skosztowania produktów vege. Taki powiedzmy sobie trick marketingowy, magnes na tradycjonalistow. Czy w Warzywniaku to jest dobrze zrobine to nie wiem bo tam jeszcze nie byłem. Natomiast chińskie vege miejscówki opracowały tę technikę do perfekcji. W niektórych restauracjach oprócz dań z woka, sizzlerow z sejtanem są pieczenie z 'miesem’ z 'kośćmi’. Jadłem raz 'baraninę’, która była tak doprawiona, że w tym jednym wypadku az zbierało mi się na wymioty… to była restauracja na obrzeżach Pekinu. Menu tylko po mandarynsku, a kelnerka z bardzo little chinglish. Jedyne co przypominało, ze jest się w vege miejscówce to posągi buddy i naklejka Happy Cow excellent reviews na szybie. Wszystkie dania na bazie mock meat

    Proszę pamiętać, że większość vege ludkow nie jada mięsa nie z powodu smaku lecz z powodu zwierząt.

    • Ale wiesz, nie oświeciłeś mnie, bo jest o tym napisane w tekście. To jasna sprawa, że ze względów etycznych, ale smak jest ważny, a jeśli ktoś chce sprzedawać coś, co w zamyśle ma naśladować mięso, a wcale go nie przypomina, to po prostu ściema.

  3. ostatnio grupa znajomych weganów zachwalała „boczek” z Wilka Sytego. postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywiście jest taki dobry i wniosek mam jeden – współczuje weganom, bo skoro to jest dla nich dobre to znaczy, że nie jedzą na co dzień na prawdę dobrych rzeczy. wolę jednak zjeść prawdziwy, pyszny boczek, kawałek wołowiny albo kaczki niż napompowany, dziwnie pachnący kawałek soi…

    • O tym właśnie piszę. Też miałem okazję jeść tego typu specjały i smakowo przedstawiają one coś zbliżonego do kartonu.

  4. Zgadzam się z Autorem.
    Wydaje mi się, że dla zrozumienia polskiego weganizmu i wegetarianizmu ważne jest pamiętanie, że są to bardzo świeże trendy. Jestem wegetarianką od 30 lat (mam lat 50) i mój wegetarianizm ewoluował. Na początku faktycznie szukałam zastępczych smaków i „sojowych schaboszczaków”. Dziś szukam jedynie dobrego wegetariańskiego jedzenia, naśladowanie dań mięsnych mnie w ogóle nie interesuje, a „smalczyk z fasoli” budzi wręcz złe skojarzenia i odstrasza. Jednak neofitom się prawdopodobni dobrze kojarzy. Myślę, że podobna ewolucja zachodzi w skali społecznej i trwa jeszcze dłużej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Polub nas na

103,169FaniLubię
42,400ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
1,420SubskrybującySubskrybuj
Agencja Wrocławska

Ostatnie artykuły