fbpx
7.8 C
Wrocław
poniedziałek, 4 marca, 2024

Centrum gastronomiczne Margaret – oby PRL-u czar nie zmienił się w koszmar

Czy Kuchenne Rewolucje Magdy Gessler mogą przynieść wrocławskiej gastronomii jakąś perełkę? Prób było wiele, ale niemal każda z nich zakończyła się spektakularnym niepowodzeniem. Czy pechowy kierunek odmieni Centrum gastronomiczne Margaret, które zgodnie z zaleceniami niepodważalnego autorytetu kulinarnego serwować będzie kuchnię rodem z PRL? Sprawdźmy to.

Gdzie? Krakowska 141-155

FB

MIEJSCE

Tak ciekawie ułożył się terminarz flagowego programu stacji TVN, że w sezonie 26 (!) Kuchenne Rewolucje aż dwukrotnie zawitają do stolicy Dolnego Śląska. Ostatnio opisałem Wam już knajpkę Sama Roskosz, powstałą w miejscu baru z domowymi obiadami na ulicy Zwycięskiej. W kolejnej odsłonie rewolucji przenosimy się w dalszy zakątek miasta, a konkretnie na ulicę Krakowską. Jednak nie na tereny dawnej pralni, gdzie ulokowały się m.in. restauracje Nafta Czy Korill180. Kawałek wcześniej – jadąc od miasta, natraficie na Centrum Biznesowe RAKIETA. Właśnie tam, z iście rakietowym rozmachem przeprowadzono rewolucje.

Miejsce to znane jest z wcześniejszej działalności choćby restauracji Kempa czy w ostatnich latach bufetu z jedzeniem bemarowym. Kto i w jaki sposób wpadł na pomysł, aby rewolucjonizować to właśnie miejsce, pozostanie słodką tajemnicą reżyserów programu. Każdy kto mniej więcej zna topografię Wrocławia, zdaje sobie sprawę z pewnej niestandardowej lokalizacji, o jakiej mowa. Umówmy się – z ulicy nikt tutaj nie wejdzie. Towarzystwo biur i magazynów nie należy to najbardziej oczywistych w przypadku restauracji. W dodatku takiej restauracji…

MENU

Właśnie, jakiej? Otóż warto przytoczyć tu najpierw ważny tekst Magdy Gessler, jakim oznajmiła światu cóż to się zadziało:

Jeśli potraficie to przetłumaczyć, będę wdzięczny za podesłanie przekładu na nasz język w komentarzach. Zasadniczo więc pani Magda zaproponowała zmianę profilu kuchni na jedzeniem rodem z PRL w roli głównej. I już samo to powoduje u mnie lekki zgrzyt. Ktoś chce nam wmówić, że kuchnia PRL to było cudo. Sorry, ale to zakrawa na kpinę. Możemy sobie z sentymentem wspominać słusznie minioną epokę – sam kupiłem swego czasu dużego Fiata i chodziłem w dzwonach. Trzeba jednak pamiętać o tym, że poza pojedynczymi wyjątkami, gastronomia okresu PRL była biedna, szara, nudna i pełna paradoksów. Na pewno nikt nie myślał wtedy o jakości produktu, bo jakość była jedna – niska. Popytajcie rodziców.

Kuchnia PRL to okres ciągłych niedoborów, koniecznych kombinacji, szukania zamienników i malowania trawy na zielono. Żeby nie było, widzę potencjał w stworzeniu knajpki o takim profilu, ale niekoniecznie w kompletnie nieuczęszczanym przez kogokolwiek miejscu. Konspira jest tego najlepszym przykładem. Średnie jedzenie obudowane odpowiednią otoczką sprawia, że w lokalu zawsze są ludzie. Do tego jednak potrzebna jest albo fajna otoczka, albo dobra lokalizacja, albo interesujące jedzenie. Trochę zaspojleruję, ale w Margaret nie został spełniony żaden z tych warunków.

Zobaczcie zresztą sami:

Wiem, że wielu z Was ten wystrój się spodoba. Mnie się nie podoba i w żadnym wypadku nie kojarzy się z PRL-em. Bardziej z wnętrzem jakiejś gospody ulokowanej przy gierkówce w latach 90. Czy PRL był tak kolorowy? Wątpię. Czy PRL był optymistyczny, niczym to spoglądające na nas niebo? Wątpię. Czy cerata to jedyny element mający nawiązywać do PRL w tym lokalu. Prawdopodobnie tak.

Powiecie, że znowu przypieprzam się do rewolucji pani Gessler. Wybaczcie, ale tak samo jak rewolucjonizowanym przez nią knajpkom, wytykam błędy logiczne innymi miejscom. Bo o ile granie na sentymencie PRL było może i na czasie na początku czy w pierwszej dekadzie XXI wieku, kiedy to część mojego pokolenia oraz nasi rodzice jeszcze pamiętali te czasy i momentami nawet mieli do nich jakiś sentyment. Dla obecnego pokolenia PRL to jakiś ciężki do rozwikłania skrót, na pewno niekojarzący się z czymś dobrym. Ponownie na etapie researchu popełnia się błąd, za który zapłaci ktoś. Jak wiadomo, nie organizator rewolucji.

JEDZENIE

Skoro nie wygląda, to może smakuje? Otóż niestety tutaj również pojawiają się mniejsze i większe tarapaty. Zanim jednak przystępujemy do zamawiania, pytamy o toaletę i możliwość skorzystania z niej. Okazuje się, że dotykamy tu dosłownie PRL-owskiego smaczku całej knajpki. Po pierwsze – kibelek nie jest sprawny. Drugie – zlew zatkany. Po trzecie – ceraty na stołach uklejone. Sam zaczynam zastanawiać się czy jestem w telewizyjnym reality show, ukrytej kamerze czy to celowe działanie, mające na celu urzeczywistnić powrót do czasów minionych.

Co tam w menu, panie? Jest galareta, befsztyk tatarski, śledź po japońsku, grzybowa z makaronem, sałatka bałkańska, bitki, bryzol. Dzieje się jednym słowem. Na początek ruszamy z barszczem. Konkretnie jest to barszcz czerwony z kołdunami (22 zł). Mogę oficjalnie powiedzieć, że to najgorsza rzecz, jaką jadłem dotychczas w 2023 roku. Na samo wspomnienie aż mnie wzdryga. Jakiś barszczopodobny, mało klarowny wywar ma jeden dominujący smak. Smak kwasu. Octowego, ostrego kwasu, który oznacza jedno – albo ktoś przygotowujący tę zupę nie ma smaku, albo zwyczajnie chciał zabić nim inny, niezbyt przyjemny aromat. Naprawdę strasznie to było złe. Na naszą uwagę pani kelnerka jedynie stwierdziła, że nie nam pierwszym nie smakuje. Szanuję tę uczciwość u obsługi.

Podobnie zresztą zadziało się w temacie galarety. Galareta wieprzowa (16 zł) ze sporym udziałem nieodpowiednio przygotowanych, twardych ozorków, powoduje że raz jeszcze na moim ciele pojawiają się dreszcze. Na Gierka, czy ktokolwiek próbował tego wyrobu przed wydaniem z kuchni? Rozumiem, że ortodoksyjni fani galaret zjedzą ze smakiem, wcześniej zapijając wszystko trzema setkami wódki, ale błagam o litość. Naprawdę nie ma żadnej radości z gryzienia twardego ozora. Raz jeszcze pani kelnerka informuje nas, że większość z zamawianych galaret ląduje w śmietniku. Niech to będzie najlepszą ich rekomendacją.

Dalej jest już tylko lepiej, co nie oznacza, że świetnie. Udko z kurczaka (28 zł), sądząc po jego strukturze zewnętrznej, niejedno odgrzewanie już przeszło. O dziwo to całkiem niezłe, łatwo odchodzące od kości mięso. Z ważnym zastrzeżeniem – to w dalszym ciągu udko. Urzekają mnie polane tłuszczem z pieczenia ziemniaki. To żaden sarkazm. Raczej sentymentalny powrót do dzieciństwa, gdzie takie smaczki w domowej kuchni pojawiały się na porządku dziennym.

Bitka wołowa (42 zł) co ciekawe, trafia na stół podana z sosem grzybowym, choć w menu o nim ani słowa. Jesteśmy jednak w okresie PRL, więc wybaczmy drobne wpadki. Dość zabawnie wyglądają te wbite gałązki tymianku. Pominę kwestię zwiększania foodcostu dania poprzez taki garnisz. Bo to, że nie wnoszą one kompletnie nic do smaku, to dość oczywiste. Mięso ugotowane całkiem nieźle, rozpadające się pod naciskiem widelca, o barwie idącej w stronę czerwoności. Ot, domowy klasyk na niedzielę. Te bezdusznie wysypane kopytka bez jakiegokolwiek sosu trochę psują całą koncepcję.

Na koniec jeszcze placki ziemniaczane (26 zł). Poprosiliśmy jednak o wersję ze śmietaną zamiast znanego z poprzedniego dania sosu grzybowego, który dla małych dzieci nie byłby specjalną atrakcją. W tym wypadku w grę wszedł chyba powrót do przyszłości i mielący wszystko co znajduje na swojej drodze Thermomix, bo placki były usmażone z ziemniaczanej papki. Dość swoiste przeżycie.

Ah, jeszcze krem sułtański (26 zł). Jego główną zaletą według obsługującej nas pani są rodzynki utopione w rumie. Super. Kremu jest tu dużo, zaschniętej czekolady także, więc dotarcie do osiadających na dnie rodzynek do łatwych nie należy. Szkoda, bo lepiej byłoby to przeżyć na lekkim rumowym rauszu. Po zapłaceniu przypominam sobie, że zamawiałem jeszcze tatara, ale zdaje się, że wygrałem na tym przeoczeniu przez obsługę, bo nie wiem czym skończyłaby się jego konsumpcja.

PODSUMOWANIE

Jaką nadzieję widzę dla tej restauracji? Jedynym sensownym i jedynym w ogóle będzie rzeczywisty zwrot w stronę PRL. Stworzenie klimatu znanego z Misia czy innych epokowych filmów mogłoby przynajmniej dać nadzieję na powodzenie. Opryskliwa kelnerka, bezmięsne poniedziałki, zamówienie wódeczki jedynie w opcji z lunetą oraz dodanie gadżetów z opisywanych czasów. To one choćby we wspomnianej Konspirze oddziałują na wyobraźnię ludzi. Tutaj jedna pani rzuciła coś o PRL, ale kompletnie nie zrobiła nic, aby z tą epoką restauracja rzeczywiście się kojarzyła. Chyba, że o smaku mówimy.

Nie byłem w tej restauracji wcześniej, ale jeśli Kuchenne Rewolucje mają w założeniu poprawiać smak serwowanego jedzenia, boję się na samą myśl o tym, co działo się tutaj wcześniej. Premiera odcinka z Centrum gastronomicznego Margaret ma się odbyć 23. marca w stacji TVN. Nie wiem co będzie motywem przewodnim – czy psychologiczne rozgrywki pani Magdy, czy jedzenie. Jedno wiem na pewno – szkoda mi wydawać kasę w takich miejscach. Szkoda mi także właścicieli, którzy pewnie z dużą nadzieją spoglądają na przyszłość swojej knajpy po telewizyjnej reklamie. Osobiście nie byłbym optymistą.

Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage i TikTok. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Total 77 Votes
17

Napisz w jaki sposób możemy poprawić ten wpis

+ = Verify Human or Spambot ?

Komentarze

komentarze

Podobne artykuły

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Polub nas na

103,169FaniLubię
42,400ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
1,420SubskrybującySubskrybuj
Agencja Wrocławska

Ostatnie artykuły