Co i gdzie zjeść w Barcelonie – przewodnik cz. 1


Wspomnienie wakacji w Barcelonie pozostaje ciągle żywe, pomimo że od zakończenia naszego urlopu minęło już trochę czasu. Barcelona jest miastem obok, którego nie da się przejść obojętnie. Można za nim nie przepadać – za przepych, tłumy, wysokie ceny, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że jednak się w nim zakochacie – za cudowną pogodę, niezwykły klimat i genialne jedzenie. Ciężko nie wyrobić sobie o Barcelonie opinii. Tyle się tu dzieje, że każdy znajdzie coś dla siebie. W naszym wypadku już po zaplanowaniu wakacji, wykupieniu lotów do stolicy Katalonii, wiadomym było, że ważnym, może nawet najważniejszym elementem wyprawy, jej motywem przewodnim będzie jedzenie i w dużej mierze na to się nastawialiśmy, pomimo tego, że większość osób na dźwięk nazwy Barcelona zareaguje inaczej. Większość od razu rzuci nazwę najlepszego klubu na świecie – FC Barcelony z Leo Messim na czele. Jeszcze inni wymienią dzieła Gaudiego, a może gdzieś na końcu ktoś wspomni o popularnych tapas.

O ile moja żona lubi powylegiwać się na słońcu lub pod palmą, ja jestem dość specyficznym turystą. Uwielbiam wielkie miasta, w których nieustannie coś się dzieje, stąd także moja miłość do Londynu. Leżenie na plaży nie stanowi dla mnie wielkiego sensu, choć z potrzeby dostosowania się do żony, jestem do tego czasami zmuszony. Miejsca takie jak Barcelona odwiedzam z zamysłem wypróbowania jak największej ilości nowych potraw, poznania nowej kuchni i sprawdzenia zwyczajów panujących w danym kraju.

Dlatego też poniższy przewodnik oprowadzi was po Barcelonie głównie od strony kulinarnej, choć oczywiście wszelkiego rodzaju knajpki nieodłącznie związane są z najważniejszymi barcelońskimi miejscami, zabytkami czy choćby słynną plażą.

Na początek kilka praktycznych porad. Z Wrocławia do Barcelony można polecieć liniami Ryanair, ale wtedy lądujemy w Gironie, która od docelowego miasta oddalona jest o 80 km, co jednak wcale nie stanowi wielkiego problemu. My wybraliśmy właśnie tę opcję, głównie ze względu na przystępną cenę lotów. Za lot w dwie strony dla trzech osób zapłaciliśmy w sumie niespełna 900 zł z czego – co ciekawe – 190 zł to koszt przelotu 11-miesięcznego Kazika. Do tego należy doliczyć bilety autobusowe z Girony do Barcelony za 25 euro od osoby w dwie strony. Na lotnisko El Prat latają także linie lotnicze WizAir, ale ceny biletów w okresie letnim są dużo wyższe.

Po przyjeździe , o ile nie macie zamiaru wypożyczyć auta, warto zaopatrzyć się w najbardziej przyjazny turystom bilet na metro – T10. Kosztuje 9,95 euro i upoważnia on od 10 przejazdów metrem, a dodatkowo jest ważny przez 75 minut, dzięki czemu w tym okresie macie możliwość przesiąść się do autobusu i pojechać nim w ramach jednego przejazdu. Aha, z biletu skorzystacie we dwójkę, przekazując sobie go po prostu przekroczeniu bramek.

IMG_7389Metro w ogóle wydaje się być najlepszym rozwiązaniem. Dostaniecie się nim właściwie wszędzie i bardzo szybko. Kolejne składy zjawiają się maksymalnie co trzy minuty w szczycie, co pięć w weekend.

IMG_7083 IMG_7673Problemu nie stanowi także przemieszczanie się z dziecięcym wózkiem. Większość stacji wyposażonych jest w bardzo sensownie rozstawione windy.

Oczywiście Barcelonę najlepiej jest zwiedzać na nogach. Niewątpliwie zobaczy się wtedy najwięcej, a także przypadkowo natrafi na przynajmniej kilka ciekawych miejsc. Bo w Barcelonie dosłownie co krok znajduje się coś godnego uwagi. My staraliśmy się chodzić jak najwięcej, a w metro wsiadaliśmy najczęściej rano, kiedy musieliśmy przedostać się ze stacji Fontana, przy której mieszkaliśmy, w stronę będącej naszym punktem startowym La Rambli.

IMG_7078 IMG_7201

Jeśli jednak uparlibyście się, że koniecznie chcecie zwiedzać Barcelonę autem, musicie pamiętać, że Hiszpanie mają bardzo specyficzne podejście do pojazdów. Ilość miejsc parkingowych ograniczona jest do minimum, stąd zazwyczaj podczas parkowania, aby zrobić sobie miejsce, należy kogoś lekko przepchnąć. Na ulicach raczej nie spotyka się samochodów bez zarysowań, a wolne parkingi są potwornie drogie. Cena za dobę postoju w takim miejscu niejednokrotnie przekracza 30 euro za dobę. W dodatku w niedzielę są często zamknięte.

Jak już wspomniałem, miejscem, z którego startowaliśmy zazwyczaj dalej była La Rambla. Najsłynniejsza z barcelońskich ulic. Niby tylko kilometrowa, ale jej przejście może wam zająć nawet 2-3 godziny. Na szerokiej kładce o każdej porze dnia przewalają się niebywałe tłumy, co chwilę zahaczają nas nielegalni sprzedawcy, oferujący najnowsze turystyczne trendy jak choćby wysięgnik do robienia selfie, a na całej długości Rambli rozpościerają się setki knajpek i stragany z pamiątkami, na których, co nie dziwne, królują gadżety związane z klubem z Camp Nou.

IMG_7084 IMG_7090

Na Ramblę można dostać się najszybciej zieloną linią metra. Wystarczy wysiąść na stacji Liceu, wejść po schodach i cieszyć oczy przepychem tego miejsca. Kilka kroków od przystanku natrafiamy na targowisko La Boqueria. Największe, najstarsze i najbardziej oblegane przez turystów. Jak dla mnie – zdecydowane must see, o czym napisałem zresztą w osobnym wpisie.

Już wielka brama wejściowa pozwala sądzić, że to miejsce niezwykłe, ale dopiero to co znajdziemy w środku zwala z nóg. Niezliczone stoiska ze świeżymi owocami, owocami morza, wędlinami, sokami, a także tapas bary, w których można zjeść świetne przekąski. My zakochaliśmy się właśnie w tych barach, w ich klimacie, a także niezwykłej świeżości dostępnych produktów.

IMG_7896 IMG_7898 IMG_7108 IMG_7135Cudowne miejsce. Można nawet wybaczyć nieco wyższe, bardziej turystyczne ceny aniżeli te spotykane na mniejszych targach poza ścisłym centrum. Jeśli traficie już na Mercat de la Boqueria nie możecie odmówić sobie przyjemności spróbowania orzeźwiającego soku, zjedzenia tortilli de patatas albo skosztowania dopiero co otwartej i skropionej sokiem z cytryny ostrygi.

20150721_115924

La Rambla śmiało może stanowić punkt wypadowy do codziennych wycieczek. Stąd niedaleko jest wszędzie, a obojętnie, w którą uliczkę skręcicie, uda się wam znaleźć coś ciekawego. Rambla jest głośna, a przeciwwagę dla niej stanowią magiczne malutkie uliczki tuż obok, które przeszliśmy wielokrotnie. Niewielkie sklepiki, tapas bary, ale także pranie wiszące nad naszymi głowami. To wszystko stanowi niepowtarzalny klimat.

Pierwszy dzień minął nam niezwykle szybko, właśnie na ślepym przemierzaniu centrum Barcelony. Kiedy zaczęło się ściemniać, ruszyliśmy w stronę dzielnicy Gracia, gdzie mieszkaliśmy u siostry mojej żony.

Gracia to najmniejsza pod względem powierzchni dzielnica Barcelony, ale bardzo oryginalna i niezwykle rozwinięta pod względem gastronomicznym i artystycznym. Charakteryzuje się wąskimi uliczkami, przeprowadzającymi nas co chwilę przez jeden z wielu placyków, na których do późnych godzin wieczornych tętni życie. To właśnie tutaj trafiliśmy do swojego pierwszego tapas baru.

Bar Roure jest miejscem zdominowanym przez miejscowych. Nieznani goście są tu witani ze zdziwieniem, ale przyjaźnie. Obsługa działa niezwykle sprawnie, dania trafiają na stolik w ekspresowym tempie, a smakują bardzo dobrze. Tortillade patatas, grillowane ośmiorniczki – pulpitos a la plancha czy krewetki w czosnku – gambas ajillo. Ciężko się od nich oderwać, a nieznośny upał najlepiej łagodzi podana do tapas szklaneczka cavy i piwa. Swoją drogą, tak zachwalana przez wszystkich cava nie wzbudziła u mnie wielkich zachwytów, zapewne dlatego, że nie przepadam za tego typu musującymi napojami.

IMG_7225

IMG_7204 IMG_7203 IMG_7223 IMG_7217

IMG_7224

Usatysfakcjonowani zarówno jakością jedzenia, jak i cenami, ruszyliśmy rozkoszować się wieczornym życiem w Barcelonie. Przechodziliśmy przez kolejne place będąc pod wrażeniem unoszącego się wszędzie gwaru. Odnieśliśmy wrażenie, że im bardziej się ściemniało, tym więcej osób pojawiało się na ulicach.

Tutaj mała uwaga odnośnie pogody. Lipiec, obok sierpnia jest najgorętszym miesiącem w stolicy Katalonii. Temperatura raczej nie spada poniżej 30 kresek, a wysoka wilgotność sprawia, że prawdziwym wybawieniem jest pojawiająca się czasami morska bryza.

IMG_7237 IMG_7262

Można odnieść wrażenie, że oto na ulice wyległa cała Barcelona. Ciekawym widokiem są także bawiące się na każdym kroku dzieci. Wyobrażacie sobie kilkuletnie dzieci, w okolicach północy, na ulicy w towarzystwie jedzących ostatnie patatas bravas rodziców? Atmosfera jest luźna, wszyscy dookoła uśmiechnięci, nie słychać kłótni i bójek.

Jednym z moich marzeń było napicie się piwa na zewnątrz jednego z wielu narożnych barów. Udało się już pierwszego dnia, właśnie w Gracii. Bar Pietro (Travessera de Gràcia, 197) przyciągnął moją uwagę sporym tłumkiem zbierającym się na zewnątrz. W towarzystwie malutkiego piwa toczono zażarte dyskusje przeplatane głośnymi uśmiechami. Genialne, choć tak banalne miejsce. Szklaneczka piwa o pojemności 0,2 l kosztuje tutaj 1,2 euro. Wchodzisz, zamawiasz, łykasz orzeźwiające piwo na dwa razy i, albo zostajesz z ekipą na jeszcze jedną kolejkę, albo idziesz do podobnego miejsca ulicę dalej. 

IMG_7243 IMG_7244 IMG_7245 IMG_7252

Jeden dzień, tyle wrażeń, a to dopiero początek. Nazajutrz wstaliśmy rano, bo choćbyśmy chcieli pospać, upał daje się mocno we znaki. Dzień postanowiliśmy rozpocząć od wycieczki na Wzgórze Montjuic, czego ostatecznie nie zrealizowaliśmy, ale o tym zaraz.

Dojazd na Montjuic nie należy do specjalnie skomplikowanych. Wystarczy dojechać zieloną linią metra  do stacji Paral-Lel i nie wychodząc na zewnątrz, wsiąść do kolejki, która zawiezie nas do celu. My jednak mieliśmy w planach jeszcze śniadanie, więc ze stacji wyszliśmy na ulicę, przeszliśmy kilka kroków w kierunku ulicy Calle Vilá i Vilá 84, gdzie mieści się jeden z najtańszych, ale smacznych tapas barów w Barcelonie – Can Eusebio.

IMG_7271 IMG_7274 IMG_7272 IMG_7273 IMG_7277

IMG_7275Jak widać, miejsce jest mocno oblegane, w menu znajdziemy oczywiście mnóstwo owoców morza. My skusiliśmy się na chipirones andaluza (6,50 euro), czyli malutkie kalmary w panierce oraz croqueta cocido (3,75 euro), chrupiące krokiety z grającym główne skrzypce dorszem. Porcje więcej niż solidne, świeże i niedrogie. Do tego orzeźwiające piwo i w drogę.

Na chwilę zatrzymam się jeszcze przy piwie. To hiszpańskie do najlepszych nie należy. Najpopularniejsza Estrella przypomina polskie koncernowce, ale jedno trzeba przyznać – doskonale orzeźwia. Lodówki w barach i sklepach są podkręcone na maksa, co sprawia, że zazwyczaj otrzymujemy niemalże oszronioną puszkę lub butelkę, dzięki czemu na chwilę można zapomnieć o niespecjalnej jakości produktu.

Z naszej wycieczki na Montjuic nic nie wyszło, a to za sprawą niewielkich podmuchów wiatru nadciągających z jednej strony. Na tyle zwróciły naszą uwagę, że zerknęliśmy szybko w nawigację, natychmiast odkrywając tajemnicę delikatnych podmuchów. Dosłownie kilkaset metrów od Can Eusebio znajduje się port, a kawałek za nim Barceloneta, najbardziej oblegana plaża w mieście.

Postanowiliśmy odpuścić Montjuic, ruszyliśmy w stronę morza, a po drodze, już w porcie uśmiechnęło się do nas szczęście. Właśnie rozkładały się stanowiska festiwalu Afrocana.

IMG_7300 IMG_7301Afrocana to impreza łącząca w sobie koncerty, modę oraz jedzenie rodem z Ameryki Południowej, Karaibów i Afryki. Trafiliśmy na jej sam początek, kiedy nie wszystkie stoiska był przygotowane, ale na szczęście to najbardziej mnie interesujące, meksykańskie, było czynne.

IMG_7287 IMG_7288 IMG_7293 IMG_7294Obłędne tacos z wieprzowiną, cebulką i sosem z dużą ilością kolendry i habanero, kosztowały 5 euro. Prawdopodobnie najlepiej wydane na streetfoodowe jedzenie 5 euro w moim życiu. To było po prostu pyszne. Spokojnie mógłbym zjeść jeszcze ze trzy porcje, ale przed nami była jeszcze droga na plażę, a także w nieco dalszej perspektywie, kolacja w najsłynniejszym barze z owocami morza.

Z portu do plaży idzie się spacerkiem kilka minut, mijając po drodze, nie dziesiątki, a setki knajpek. Bliskość piasku zauważalna była poprzez zwiększający się ruch, a także ubiór mijanych ludzi. W końcu dotarliśmy. Ten widok musi robić wrażenie. Upał, tysiące ludzi i w końcu błękitne morze.

IMG_7321 IMG_7322

Czas w Barcelonie leci niesamowicie szybko, więc z poranka zrobiło się późne południe, a mieliśmy jeszcze wrócić do domu przed wyjściem na kolację. Szybka kąpiel w gorącym morzu największą frajdę sprawiła Kazikowi, a przy okazji delikatnie ochłodziła także nas. Czym prędzej ruszyliśmy w drogę powrotną do metra, w międzyczasie robiąc sobie krótki postój tuż u wrót popularnej dzielnicy El Born. Na niewielkim placyku przy Plaça de les Olles 4 mieści się niepozorny bar Casa Albert. Tym razem nie skorzystaliśmy z oferty obiadowej, a jedynie skusiliśmy się na zimne piwo i kawę. Miejsce jest niezwykle urokliwe, a obsługujący nas pan podbił serce Kazika, który nie mógł przestać się uśmiechać pomimo wcześniejszego zmęczenia.

IMG_7374 IMG_7388

Udało nam się skorzystać z tutejszej oferty w ostatniej chwili. Dosłownie w kilka minut w większości knajpek zasunięto rolety, a obsługa korzystała ze siesty, wyczekując wieczornego uderzenia klientów. Faktycznie można odnieść wrażenie, że w okolicach godziny 16 miasto delikatnie wymiera, na ulicach mija się mniej osób, głównie turystów. Wszystko na nowo odradza się w okolicach 2o.

Właśnie na ósmą mieliśmy trafić niemalże w to samo miejsce, zaraz obok, do słynnej marisquerii La Paradeta. Udało się dotrzeć na El Born chwilę po 19, dzięki czemu wypiliśmy genialne kawy w Cafes El Magnifico (Argentería 64).

IMG_7394 IMG_7395Podobno to najlepsza kawiarnia w Barcelonie, a przynajmniej na Born. Faktycznie, tak aromatycznej kawy nie spotkałem do tej pory nigdzie. Do wyboru mamy tutaj kilkanaście rodzajów kaw, każda mielona jest na miejscu tuż przed zaparzeniem. Już na ulicy, przed lokalem, rozpościera się niesamowity zapach mocnej kawy.

Cafe El Magnifico było jednak tylko przystankiem przed daniem głównym tego dnia. Do restauracji La Paradeta mieliśmy kilka kroków, ale mocno podkręciliśmy tempo przypominając sobie legendy o długich kolejkach ustawiających się przed lokalem jeszcze przed otwarciem. Okazało się, że to nie legendy.

zdjecie 1Całą relację z Paradety znajdziecie w osobnym wpisie, a teraz w skrócie. Byliśmy 20 minut przed otwarciem lokalu, a i tak przed nami ustawiła się spora grupka osób. Z każdą minutą dochodziły kolejne,i tak aż do zamknięcia o 24. Kolejka do Paradety nie kończy się nigdy, ale po wejściu do środka zrozumiałem dlaczego.

zdjecie 2 zdjecie 3 zdjecie 4 zdjecie 1 (1) zdjecie 3 (1) zdjecie 4 (1)Ogromne ilości ruszających się jeszcze owoców morza, z których wybieramy te, na które mamy ochotę. Następnie są one przygotowywane według tajnej receptury i wydawane po kilku chwilach.

Ostrygi (1,5 euro/szt), krab (8 euro), krewetki, langustynki (41 euro/kg), chipirones i calamares andaluza (17,4 euro/kg) – wszystko przepyszne, świeże i nakręcające na kolejną wizytę. Zdecydowanie najlepsze owoce morza w przystępnych cenach w Barcelonie. Za obiad, którym najadły się do syta trzy osoby zapłaciliśmy niespełna 50 euro, a składał się jedynie z owoców morza, bez żadnych dodatków.

Wyszliśmy, a na zewnątrz dalej stała kolejka.

zdjecie 2 (2)Genialne miejsce, obowiązkowe do odwiedzenia przez każdego miłośnika owoców morza.

Pierwsze dwa dni wakacji w Barcelonie upłynęły niezwykle szybko, ale i bardzo intensywnie. Sporo pojedliśmy, odwiedziliśmy kilka miejsc, które były w planach, inne przez przypadek. W drugiej części przewodnika po stolicy Katalonii znajdziecie relacje z kolejnych tapas barów oraz m.in. z Camp Nou i dowiecie się co i gdzie zjeść w Barcelonie.

Wcześniejsze wpisy z Barcelony:

Miejsca, które trzeba odwiedzić w Barcelonie – La Paradeta
Miejsca, które trzeba odwiedzić w Barcelonie – La Boqueria
Gdzie zjeść tapas w Barcelonie – subiektywne TOP 4
Total 10 Votes
3

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments