Dzienniki piwne – zimową porą (I)


Długo przymierzałem się do jakiegoś piwnego cyklu na blogu, jeden nawet rozpocząłem, ale formuła nie do końca mi pasowała. Obecnie tematem piwa rzemieślniczego w Polsce i na świecie zainteresowałem się może nie aż tak mocno jak kulinariami, ale z dużym zaangażowaniem, zarówno teoretycznym, jak i praktycznym, dlatego też postanowiłem wrócić do tematyki w bardzo luźny sposób. Co jakiś czas postaram się Wam opisać co ciekawsze piwa, jakie piłem ostatnio. Oczywiście nie będzie to opis na poziomie fachowców i sędziów, ale moje własne odczucia odnośnie poziomu i jakości danych piw. Dlatego traktujcie te oceny jako opinie zwykłego Kowalskiego. Nie sędziego piwnego, nie piwowara czy blogera piwnego. To moje, subiektywne odczucia względem piw, których próbuję całkiem sporo. Skala od 1 do 10, choć raczej mam zamiar opisywać tylko te udane produkty.

Cały rynek rzemieślniczy dość mocno w ostatnim czasie przeplata się z gastronomią, piwa kraftowe dostępne są już nie tylko w wyspecjalizowanych multitapach, ale i kolejnych barach, bistro czy restauracjach, a podejście do napoju nazywanego niesłusznie złocistym napojem, zmienia się diametralnie. Zauważalny jest trend food pairingu piwa z jedzeniem, podobnie jak wcześniej miało i ma to miejsce z winami. Co ważne, jako Polacy nie musimy się jakości warzonego u nas piwa wstydzić. Oczywiście, pośród niemal 200 browarów – stacjonarnych i kontraktowych – zdarza się sporo wpadek, ale kilka z nich ugruntowało swoją pozycję na rynku, pojawiają się w szerokiej dystrybucji, choćby w marketach, a jakość ich piw jest powtarzalna. Dlaczego tak dużo o tym piwie? Po prostu, to świetny temat, równie wciągający jak gastronomia i rozwijający się w podobnym tempie. Zresztą, podobieństw jest mnóstwo, od różnorodności rozpoczynając, poznawania coraz to nowych smaków, czyli dokładnie tak, jak ma to miejsce w przypadku kulinarnych podróży. W końcu wreszcie, robię to zestawienie, nazwane Dziennikami piwnymi, także dla siebie, bo nie należę do osób specjalnie systematycznych i nie potrafię zmusić się do spisywania wypijanych piw, wrażeń z ich degustacji. Niech to będą moje piwne pamiętniki, do których sam kiedyś będę mógł wracać, ale jeśli i Wam się spodobają i skorzystacie, będzie super. Na zdrowie.

Warto rozpocząć owe Dzienniki z wysokiego C, więc ruszamy. Lilith z Browaru Golem to niezwykle aromatyczny, palony RIS o zawartości alkoholu na poziomie 10%. Alkoholu, który jest doskonale ukryty i kompletnie nie przeszkadza w odbiorze. Pomimo „ciężkości” piwo pije się lekko, choć chciałoby się muskać jak najmniejsze łyczki, żeby nie zniknęło za szybko. W aromacie na pewno mocna paloność, czekolada. Świetnie pachnie i świetnie smakuje (8). Wcale nie gorzej wypada 652 m.n.p.m., czyli porter bałtycki z Browaru Podgórz. Leżakowane przez rok piwo charakteryzuje się doskonale zbalansowanym smakiem, z wyraźnymi śliwkowymi i palonymi akcentami, a bez nadmiernej słodkości, która w porterach mnie męczy. To jedno z tych piw, które sprawiło, że przekonałem się do Porterów Bałtyckich, było nie było, stylu wybitnie pasującego do naszego polskiego klimatu. (8).

 

 

Jednym z moich ukochanych piw jest Balios z Browaru Roch, a więc Forest Bomb Black IPA, filtrowane na gałęziach świerku. I te nuty leśne graja tu pierwsze skrzypce. Wysoka gorycz uzupełnia mocne doznania, sprawiając, że Balios jest piwem dość ekstremalnym, a przy tym niezwykle wyróżniającym się na tle nudnych IPA (9). Too Young to be Herod to oczywiste nawiązanie do kultowego Misia Barei, a zarazem wznawiane co rok piwo świąteczne, wypuszczane przez Browar Artezan. Foreign Extra Stout z dodatkiem skórki pomarańczy, ziaren kakaowca i tonki powala na łopatki, bynajmniej nie ze względu na 8-procentową zawartość alkoholu. Herod pachnie wybornie – czekoladą, gdzieś w tle pojawia się pomarańcz i zdecydowanie waniliowo-migdałowa nuta ziaren tonki. W smaku podobnie, z akcentem położonym na marcepanowe praliny, nieprzesadną słodycz i z wspaniałą, drobnopęcherzykową pianą (9).

Bardzo pozytywnie swoim mocnym, ale w sumie cichym wejściem na scenę kraftową, zaskoczył mnie Browar Cztery Ściany z Trzebnicy, o którym na blogu niebawem pojawi się spory materiał. Miałem okazję spróbować już wszystkich piw uwarzonych w stacjonarnym browarze pod Wrocławiem, a najbardziej do gustu przypadło mi Gniazdo, a więc milk stout z odpowiednio słodką podbudową, mlecznym, czekoladowym aromatem i delikatną, niemalże niewyczuwalną palonością. Chciałoby się, aby każdy wchodzący na rynek browar, warzył na początku tak poprawne, pozbawione wad piwa (7).

 

Absolutnie zaskakującym mnie piwem okazał się Kwas Theta z Pinty. To kolejny z serii kwasów wypuszczanych przez najstarszy polski browar rzemieślniczy, ale tym razem wyszedł z tego dość skomplikowany trunek – Wild Sour Cherry RIS o bardzo wysokim ekstrakcie 24,7%. Przyznam, że spodziewałem się RISa z kwaśnością na akceptowalnym dla mnie poziomie, a wyszło trochę na odwrót. Nuty typowo risowe są oczywiście obecne, głównie w aromacie – czekolada, trochę kawy, ale to kwas odgrywa tutaj najważniejszą rolę. Kawa, dzikość, no i wiśnia i kwas, wymiennie, w ogromnych ilościach. Zadziwiające piwo, na pewno można się zawieść oczekując tradycyjnego RISa. Będąc sprawiedliwym, to jednak świetny trunek, choć tak odmienny w odbiorze od oczekiwań (7,5).

Bardziej „grzecznym” piwem od Kwasu Theta jest niewątpliwie Organic Chocolate Stout z angielskiego browaru Samuel Smith’s. To piwo pachnie tak, że gdyby tylko było to dozwolone, byłoby ulubionym napojem dzieci. Czekolada i kakao uderza w nozdrza w sekundę po odkapslowaniu butelki. Absolutnie genialny aromat gorzkiej czekolady, do tego nieprzejrzysty czarny kolor, wpadająca w brąz piana i dominująca nad palonością słodycz. To cechy charakterystyczne tego piwa, po których możecie stwierdzić, czy to napój dla Was. Ogólnie, jeśli nie możecie przekonać się do stoutów, napicie się tego piwa (8).

Któregoś dnia wpadłem z kilkoma piwami do szwagra, na co w odpowiedzi usłyszałem: czekaj, kumpel z Belgii coś mi przywiózł. Tym czymś okazał się Straffe Hendrik z browaru De Halve Maan – Quadrupel z alkoholem na poziomie 9%. To coś przyczyniło się do tego, że przychylniejszym okiem zacząłem zerkać w stronę półek z piwami belgijskimi, które do tej pory traktowałem z dużym dystansem. Straffe Hendrik to piwo o miedzianej barwie, rozgrzewające, ale z zaskakująco umiejętnie ukrytym alkoholem, treściwe, karmelowe, z wyczuwalnymi w smaku suszonymi owocami, goryczką na średnim poziomie. Na szczęście nie jest za słodkie. Zadziwiająco dobre, na pewno do powtórzenia (8).
Z tejże samej Belgii pochodzi piwo St. Amatus 2013 z browaru Struise. To także Quadrupel, ale bardziej alkoholowy w smaku, słodki, można by powiedzieć, że właściwie deserowy. Na pewno nie do picia litrami, bardziej degustacyjnie. Miedziane, likerowate, zdecydowanie wyczuwalne nuty rodzynek, ale na pierwszy plan wysuwa się zdecydowanie słodycz. Choć żeby była jasność, przyjemna słodycz, którą momentami za mocno podbija alkohol, którego jest tu aż 11% (7). 

 

Tuż przed Dniem Porteru Bałtyckiego miałem okazję spróbować Bałtyk Adriatico Porter, czyli kooperacyjne piwo Pinty i włoskiego browaru Birra Amarcord. Sam pomysł na piwo bardzo ciekawy – klasyczny Porter Bałtycki warzony w górach u wybrzeży Adriatyku, łączący polskie i włoskie tradycje, zawierający w składzie m.in. włoski czarny ryż Wenus i polskie odmiany chmielu: Marynka, Lubelski i Puławski. Na pierwszy rzut oka piwo prezentuje się wspaniale, a to za sprawą cudnej butelki. Gorzej jest jednak po jej otwarciu, ale możliwe, że jest to spowodowane oczekiwaniami wobec piwa. To Porter, któremu brakuje trochę ciała. W aromacie dominuje czekolada, pojawia się śliwka, ale można odnieść wrażenie, że piwo jest zbyt wodniste, jak na mój gust zaledwie lekko palone i trochę alkoholowe. Jedna butelka trafiła do piwniczki, z nadzieją, że właśnie alkohol się bardziej ułoży (7).

Deep Dark Sea zostało najdroższym polskim piwem, jakie kiedykolwiek kupiłem. W Kielcach zapłaciłem 36 zł, po czym okazało się, że we Wrocławiu spokojnie można było dostać za 22 zł. To Porter Bałtycki z Brokreacji, bardzo udany Porter, ale ta cena… Co by jednak nie mówić, to już nieźle ułożone, świetnie pachnące piwo, które od pierwszego łyka atakuje czekoladowymi akcentami ze śladowo zaznaczoną śliwką, kawą i palonością oraz odpowiednio ukrytym alkoholem (7,5). Piwoteka z kolei wypuściła na rynek Porter Bałucki, który oceniłbym jako wywar poprawny, bez żadnych sakowych ekscesów. To po prostu bardzo pijalny, czekoladowo-kawowy Porter z dość wysoką goryczką (7). Na koniec piwo Po Robocie z Browaru Zakładowego, czyli trunek, który na pewno nie przypadnie do gustu osobom nieakceptującym torfowych elementów w piwie. Jeśli słyszeliście kiedyś przy opisie piwa, że ktoś mówi o spalonych kablach, to tak, Po Robocie właśnie tak pachnie. Torf, wędzonka, gra tu pierwsze skrzypce, głównie w aromacie, bo w smaku dochodzi przyjemna czekolada i kawa, choć wspomniane kable do ostatniego łyka nie dają o sobie zapomnieć (7,5).

 

Total 11 Votes
1

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments