Dlaczego blogerzy kulinarni dostają lepsze jedzenie w restauracjach?


Wiele absurdalnych rzeczy słyszałem już w trakcie pisania bloga. O mnie, o innych blogerach, o tych wszystkich nieudacznikach, niedoszłych dziennikarzach, którzy muszą wylewać swoje myśli na anonimowych blogach. Blogerzy restauracyjni narażeni są dodatkowo na ataki z różnych stron – zawistnych hejterów, niezadowolonych ze złej opinii właścicieli i kucharzy, itd. Ogólnie rzecz biorąc, ogólny wydźwięk jest taki – założyli sobie blog, żeby jeść za darmo, a tak naprawdę nie mają pojęcia o jedzeniu.

Po co i dlaczego o tym piszę? Co prawda nauczyłem się lekceważyć wiele idiotycznych komentarzy na swój temat, ale jeden z nich doprawdy mocno mnie rozbawił w ostatnim czasie i postanowiłem kilka rzeczy naprostować.

Przeanalizujmy więc tę wypowiedź – jej sens oraz fakty.

BLOGERZY DOSTAJĄ LEPSZE JEDZENIE OD ZWYKŁEGO KOWALSKIEGO

Bo chyba tak należy rozumieć przytyk: „wiadomo, że do niego lecą dania takie, jak powinny. Cała reszta w przeciętnych restauracjach dostaje niestety nie zawsze to, co powinni (pisownia oryginalna).” Uwierzcie, śmieję się za każdym razem, kiedy to czytam. Droga autorko tych słów – proszę, zastanów się, co na celu miałoby podanie lepszego dania jednemu, jedynemu gościowi, w dodatku robiącemu zdjęcia każdej spożywanej potrawy? To zdjęcie trafia następnie do internetu, gdzie zobaczyć je może i sto tysięcy osób. I teraz wyobraź sobie, że zachęcony tym zdjęciem z internetu, do restauracji przychodzi Czesiek z Renatą. Zamawiają, patrzą na talerz i drą się na kelnerkę, że to chyba jakaś pomyłka. Przecież na fotce u blogera było więcej kawałków mięsa, a ziemniaków to już w ogóle. Logika i czysta kalkulacja sensu takich działań wystarcza. Bloger to nie jest gość, przed którym obsługa pada na kolana, a Szef Kuchni wyciąga specjalny kawałek mięsa. W ogóle zakładanie, że Szef Kuchni czy właściciel chce komuś dać złe jedzenie, żeby komu innemu dać dobre, jest tak absurdalne i pozbawione sensu, że ciężko coś na to odpowiedzieć. Zalecam ograniczyć wyobraźnię. To tak, jakby po przegranym meczu powiedzieć o Lewandowskim, że się nie starał. Starał się, bo każdy sportowiec chce zawsze wygrywać, tak samo jak Szef Kuchni chce w miarę swoich umiejętności robić jak najlepsze jedzenie, bez różnicy czy dla blogiera, czy dla Kowalskiego.

KRYTYCY KULINARNI ZAZWYCZAJ (NIE) SĄ OSOBAMI MEDIALNYMI

Dwa fakty – nigdy nie nazwałbym się krytykiem kulinarnym, bo do tego jednak nieco mi brakuje. Po drugie – krytycy zwyczajowo pracowali w mediach, a w obecnej rzeczywistości chętnie pokazują się w social mediach. Z tego co mi wiadomo, media nie służą anonimowości. Więc coś w tej logice nie pykło. Ruth Reichl, choć ona akurat się przebierała wychodząc do restauracji, Andy Hayler, Jonathan Gold. Żadne z nich nie należy do specjalnie anonimowych, podobnie jak na naszym rynku – Robert Makłowicz i Piotr Bikont, którzy kiedy jeszcze pisywali o restauracjach, byli twarzami dobrze znanymi w świecie gastronomicznym. Wydaje mi się, że tutaj chodzi o pewien szacunek, pozycję i klasę. To ludzie o określonych zasadach, którzy nigdy nie wpadliby na pomysł, aby żądać czegokolwiek od właścicieli. Podobnie było ze mną – przez długi czas kryłem za klawiaturą, ale na dłuższą metę nie jest to możliwe. Z różnych względów, do których zaliczyć można choćby obecność w mediach, znajomość z częścią gastronomii, czy w końcu łatwością pozyskiwania informacji z internetu.

BLOGER JE ZA DARMO

Bardzo często pytacie mnie też o to, czy płacę w restauracjach. Płacę. Dużo płacę, dlatego nigdy nie podsumowuję ile tak naprawdę, bo mogłoby mi się odechcieć. Uważam, że ogromnym brakiem szacunku w stosunku do właścicieli byłoby, gdybym miał nie zapłacić za produkt, który trzeba było kupić za niemałe pieniądze, opłacając dodatkowo Szefa Kuchni, lokal i obsługę. Tak samo jak płacę u mechanika, w sklepie spożywczym czy u dentysty. Owszem, są blogerzy wręcz szczycący się bywaniem na proszonych obiadkach. Taki proceder wzbudza we mnie odrazę i osobiście wyleczyłem się z bywania na blogerskich spędach już dawno temu. Dlaczego? Względów jest kilka, ale najważniejszym z nich niemożność opisania realnej sytuacji restauracyjnej. Bo nie jest normalną sytuacją proszona kolacyjka dla dziesięciu osób oraz przygotowane dla nich specjalnie potrawy. No więc, bloger nie jada za darmo, uwierzcie, nawet jeśli ma znajomych Szefów Kuchni. Zwłaszcza wtedy płaci, z szacunku do znajomych i ich finansów. Jedna podstawowa prośba z mojej strony: nie oceniajcie innych z własnej perspektywy. Gdybym ja był na jego miejscu, jadłbym za darmo codziennie. Super, ja nie jem, a Ty długo byś nie pociągnął w ten sposób.

Pokrótce nakreśliłem Wam jak to wygląda, a czy wierzycie lub nie, zależy tylko do Was. Owszem, odczuwam w wielu miejscach wzrok nakierowany w moją stronę i podszepty obsługi. Nie zmienia to faktu, że jestem dokładnie takim samym klientem, jak każdy inny. Jak każdy inny przychodzę po prostu dobrze zjeść i uiścić za to opłatę. Cholernie niezręcznie czuję się, kiedy do mojego stolika dosiada się nieznany mi właściciel restauracji – a to się czasami zdarza, i wypytuje, lobbuje, proponuje abym nie płacił za rachunek. „Nie naciskam, nie oczekuję dobrej opinii, ale chciałbym, aby Pan nie płacił” – tak, spotkałem się z takimi sytuacjami, ale jest to dla mnie krępujące i wtedy tym bardziej proszę o rachunek. Dlatego też, kiedy już wyruszam do restauracji, staram się wybierać maksymalnie oddalony od wszystkich stolik, na uboczu, żeby nie zwracać na siebie uwagi.

Życie nie jest takie zero-jedynkowe, jak niektórym może się wydawać. Blogerzy, choć oczywiście nie wszyscy – spotkałem się z takimi, którzy potrafili wysłać pretensje do restauracji, bo ta nie zaprosiła ich na darmową kolację zorganizowaną dla mediów i blogerów. To nie szuje liczące na darmowe żarło, a ludzie próbujący opisać dla Was rzeczywistość gastronomii danego miasta. Co prawda jest też grono „blogerów” żerujących na właścicielach szukających darmowej promocji za miskę ryżu, i to oni w dużej mierze psują opinię ludziom wykonującym ciężką robotę  i wydającym mnóstwo swojej kasy. Szkoda jednak czasu, żeby się nimi zajmować. Podsumowując – nie, wchodząc do restauracji, nie idę po czerwonym dywanie, a Szef Kuchni nie wychodzi do mojego stolika zapytać o to, którą porcję mięsa akurat dla mnie przygotować.

Jeśli macie jakieś pytania odnośnie kulisów blogowania, piszcie śmiało. Chętnie odpowiem.

Total 24 Votes
2

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments