Lot Kury – pozytywne śniadanie przez cały dzień


Lot Kury w świadomości osób interesujących się wrocławską gastronomią istnieje już od dobrych kilku lat. Zdaje się, że dokładnie od 2013 roku, kiedy to na Ofiar Oświęcimskich pierwszy raz pojawiła się ta nazwa. Profil miejsca zmieniał się przez lata – raz nacisk stawiano na alternatywne metody parzenia kawy, kiedy indziej na śniadania za 10 zł, a w ostatnim okresie na koktajle i chyba właśnie ten okres najmocniej wypozycjonował Lot w mieście.

Mimo iż w Locie Kury bawiłem wcześniej kilkukrotnie, zawsze najbardziej intrygowały mnie opcje jedzeniowe, zwłaszcza te poranne, które z początkiem 2019 roku ponownie zawitały do menu po paru miesiącach przerwy. Niegdyś miałem okazję jeść tutaj choćby coś z oferty lunchowej, ale poziom prezentowany przez te potrawy nie pozwolił mi na opisywanie ich Wam. Zresztą, te wcześniejsze śniadania – tosty, jajecznica czy croissant z dżemem trąciły banałem. Rok 2019 przyniósł interesujące zmiany w tej kwestii.

Przede wszystkim w końcu ktoś wykorzystał potencjał drzemiący w nazwie. Lot Kury sam w sobie podsuwa rozwiązania – zróbmy coś z kurą, czego do tej pory w sumie raczej nie wykorzystywano. I tak w menu pojawiły się teraz dania z jajkami i drobiem w roli głównej, co koncepcyjnie spina mi się bardzo fajnie.. Tym bardziej, że uniknięto banału w typie omleta z rukolą i pomidorkami oraz tostów z serem i szynką.

Ważny element całego pomysłu na powrót śniadań w Locie Kury to serwowanie ich przez cały dzień. W ogóle to chyba jeden z najgorętszych trendów w gastronomii wrocławskiej, która wypaliła już przecież kilka lat temu m.in. w Di Cafe Deli, a ostatnio choćby w Petits Fours Cafe. W przypadku Lotu to pomysł chwalebny o tyle, że dobrze spina się z ich działalnością wieczorną, opartą o koktajle. Zjeść można podobno do 22, a w weekendy nawet jeszcze później. Ja jednak wybrałem wersję poranną, w środę, kiedy mam swój jedyny dzień w tygodniu bez auta. Skoro bez auta, wykorzystałem ten fakt do pewnego niecnego celu, o którym jednak później.

Na początek numer popisowy – jajko po szkocku (19 zł). Wydawało mi się, że jeszcze nikt go nie przygotowywał we Wrocławiu, ale poprawiliście mnie na Instagramie, że temat został już wcześniej ogarnięty przez Dinette. To płynne żółtko wygląda na tyle foodpornowo, że mogę wybaczyć nieco przebrzmiałe już koszyki, w których wylądowały jajka. Jajka otoczone mięciutką mieszanką z mielonego drobiu, panierowaną i usmażoną dodatkowo na głębokim tłuszczu. To jest moc, to jest hicior, podany z bajglem i sosem tatarskim. Brytyjski klasyk w świetnym wydaniu.

Spore uderzenie kalorii zapewnia kolorowa szakszuka (18 zł). Dość rzadka, z dwoma jajkami, przyjemnym kuminowym aromatem, słodyczą papryki i lekkością kolendry. W moje smaku uderzają wrapy z kurczakiem (20 zł). Połączenie kimchi, kolendry, chili, orzeszków oraz słodko-ostrego sosu robi swoje. Nie dość, że dwa wrapy mocno zapychają, to jeszcze czuć w nich spore wyczucie związane z umiejętnością składania poszczególnych smaków ze sobą. Kwas kimchi wychodzi na czoło, a jednocześnie uderza swoim umami, do którego dochodzi leciutka ostrość i przyzwoita porcja soczystego kurczaka.

Kolejna pozycja, to jeszcze jeden klasyk, stanowiący jeden z hitów śniadaniowej gastronomii ostatnich miesięcy na całym świecie – awokado z jajkiem. W wersji przygotowanej przez Lot Kury to przede wszystkim pyszny, słodkawy bajgiel, puszyste guacamole oraz sadzone jajko z lejącym żółtkiem i spory kawał grillowanej piersi z kurczaka. Sycące, wytrawne, ale nie zamulające dzięki lekkiej cytrusowej nucie pasty z awokado. W całym tym zestawieniu nie mogło jednak zabraknąć też czegoś dla miłośników słodyczy. Naleśniki z serem (16 zł) to właściwie wariacja lub próba zmierzenia się z legendarnymi Crepe Suzette. Połączenie słodyczy i kwaśności, a więc moich dwóch ukochanych smaków. W naleśnikach obtoczonych sosem pomarańczowym z Grand Marnier wylądował twarożek wzbogacony o skórkę pomarańczową i to jest rzeczy zupełnie obiektywnie bardzo udana. Udana, bo do kompletu dochodzi porcja lodów śmietankowych od KRASNOLÓDa. Nie mam pytań, bierzcie w ciemno. Tylko zwracajcie uwagę na ilość sosu pomarańczowego, bo w moim przypadku było go chyba trochę za mało.

Jak już wcześniej wspomniałem, trafiłem do Lotu w środę, a to mój dzień bez auta, kiedy przemieszczam się komunikacją. Skoro nie mam auta na głowie, to piwo z Browaru Wbrew do śniadania w ogóle pozwoliło mi przychylniej spojrzeć na całość. Pils i pszenica naprawdę na plus.

Czy wrócę? Jasne, że wrócę, choćby na piwo te naleśniki i jajko po szkocku. Lot Kury zrobił coś, czego po tym miejscu bym się nie spodziewał. Całodzienne śniadania są nieźle dopracowane, choć zdarzały się wpadki jak choćby z sosem do naleśników. Chcę jednak wierzyć, że to kolejne miejsce we Wrocławiu, do którego można wpaść na śniadanie i nie zjeść banalnego, wysuszonego omleta i jajecznicy w formie omleta. Jak dla mnie czwórka z plusem z możliwością wskoczenia wyżej. Locie Kury, trzymaj tak dalej!

Lot Kury

Ofiar Oświęcimskich 17

FB

Total 14 Votes
2

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments