Lokalne jedzenie – hit czy kit?


Mamy okazję żyć w kompletnie szalonych, szybkich i zalatanych czasach, zapominając momentami o kwestiach kluczowych i najważniejszych. Praca, dom, praca, dom, praca, praca, pęd za kasą. W tym wszystkim często nie pamiętamy o czymś tak cholernie ważnym, jak jakość jedzenia jakie spożywamy. Dla wielu osób pojęcie jakości zdewaluowało się, co zauważam po komentarzach na mim blogu, patrząc na to co niektórzy z nas jedzą, jak jedzą i jak kompletnie zaciera się granica pomiędzy czymś przyzwoitym a fatalnym. Dyskonty w dużej mierze przyzwyczaiły społeczeństwo do pozornej powszechności produktów kreowanych na jakościowe, a mające z jakością tyle wspólnego, co ja z fizyką jądrową. Chyba jednym z najlepszych przykładów jest pieczywo, którego zapach w podobnych przybytkach przyciąga równie mocno, co odrzuca jego poziom. Mimo to spora część z nas je ten pozornie świeżo odmrażany chleb, powoli zapominając czym jest pyszne, pachnące, długo trzymające się w formie pieczywo.

Do pewnego momentu również uwikłałem się w ten wyścig, którego finał jest dość łatwy do przewidzenia – gotowa, przetworzona maksymalnie żywność, której obróbka nie wymaga zbyt wielkiej atencji. W tym względzie wręcz ekspresowo gonimy choćby Wyspy Brytyjskie, co zauważyłem ostatnio będąc w Lidlu, gdzie z miesiąca na miesiąc liczba półek z gotowymi produktami w lodówce zdaje się zwiększać. Jakie jest na to lekarstwo? Edukacja, na pewno. To jednak proces długotrwały. Tym bardziej cieszy mnie coraz większa liczba sklepów opierających swój asortyment na produktach w pewnym sensie związanych z regionem. W ich wypadku częstym problemem na początku są ceny. Dla wielu zaporowe, ale nie ze względu na zasobność portfela, a raczej na psychikę. Bo jak to tak – kurczak za 32 zł, a nie za 7,99 zł jak w dyskoncie? Dżem za 9 zł, skoro w Lidlu mam za 3 zł? Masło za 12, pasztet jeszcze więcej, a parówki nie za 2,99 zł? Doszliśmy do paradoksalnego momentu, w którym wielu z nas dziwi to, że produkt jakościowy jest stosunkowo drogi, bo przyjęliśmy narrację sklepów wielkopowierzchniowych, że przecież może, a nawet musi być tanio.

Postanowiłem więc przyjrzeć się temu, czy ta lokalność w ogóle ma sens, czy to tylko taka ściema na potrzeby zwiększenia cen średniej jakości produktów, jak to często mawiają przeciwnicy wszelkiej maści eko, bio, lokalnych  sezonowych produktów. Swoje zdanie postanowiłem skonfrontować z opinią Moniki Rysiowskiej, prowadzącej sklep – stacjonarny i wysyłkowy RegioFood, o którym pisałem Wam już wcześniej tutaj.

Babcia dobrze wiedziała

Niegdyś, kiedy na wsi każdy posiadał swoje małe gospodarstwo, było niewątpliwie łatwiej. Wtedy jednak tempo dyktowała natura. Truskawki nie trafiały do pierogów w marcu, bo najzwyczajniej w świecie nie zdążyły jeszcze puścić kwiatów. Fasolka, bób? Najszybciej w lipcu, a pewniej w sierpniu. Obecnie pojęciu lokalności towarzyszy często sezonowość, która w większości przypadków jest najzwyczajniejszą ściemą. Owszem, klimat nieco się zmienia, niektóre rośliny dają plony trochę wcześniej, ale umówmy się – w marcu nie da się zjeść szparagów czy soczystych, czerwonych od słońca pomidorów. I właśnie do sezonowości, podobnie jak lokalności nasze babcie miały nos. Własne mleko, a co za tym idzie cały nabiał, własne mięso – w tym cudnie żółty, tłuściutki drób, warzywa trafiające wprost z ziemi na talerz. I tylko wypada się zastanowić dlaczego obecnie to, co niegdyś było produktem z przydomowego ogródka, obecnie urasta do miana dobra luksusowego.

Każda prawdziwa historia powinna zaczynać się od wartości, przekonań i świadomości oraz pragnienia, aby się nią dzielić. Tak też zaczęła się nasza historia z RegioFood. Zrozumieliśmy, że współcześnie oferowane, górnolotne hasła promujące zdrową żywność nie korespondują z rzeczywistością, że „lokalne” produkty przyjeżdżają z drugiego końca Polski lub spoza jej granic, i że „zdrowe” ogranicza się często do naklejki na opakowaniu. Postanowiliśmy działać. Sami nie chcieliśmy jeść przetworzonego lub długo magazynowanych produktów. Nasza idea jest prosta – wspierać małe, regionalne, przedsiębiorstwa oraz rolników produkujących wysokojakościową, naturalną żywność, zgodnie z rodzinną tradycją ich wytwórstwa i oferować ją naszym wrocławskim klientom, którzy tego potrzebują. Uważamy, że to produkty będące tak blisko nas są najwyższej jakości – sami sprawdzamy skąd pochodzą produkty używane do produkcji np. skąd są owoce używane do produkcji soków, które sprzedajemy.

Monika Rysiowska, RegioFood

Dobrze wspierać swoich

Rozpocznę dość nietypowo i w sumie w kwestii odległej od głównego tematu. Nie jadam w McDonalds od wielu lat. Z jednej strony to świadomość, czucie smaku, ale też i swego rodzaju przekora – jeśli mam zjeść coś śmieciowego, to wolę pójść do jakiegoś fastfooda prowadzonego przez wrocławian. Podobnie jest w przypadku kupowaniu lokalnych produktów. Wspieramy swoich, choćby podświadomie. Idzie za tym również świadomość ewentualnego rozwoju tych niewielkich producentów, którzy często nie posiadają żadnej siły ani chęci przebicia się do mainstreamu. Dzięki lokalnym produktom mamy okazję poczucia tożsamości z zamieszkiwanym regionem, stania się jego częścią. Takie poszukiwanie najlepszych produktów, próbowanie, ciągłe dążenie do znalezienia czegoś oryginalnego, niespotykanego, oczywistego, przypominającego smak z dzieciństwa właśnie u producenta czy hodowcy z najbliższej okolicy, przynajmniej mnie mocno kręci.

Świeżość

Sytuacja jest tu podobna do tej z owocami morza. Obecne możliwości lotnicze pozwalają na to, aby krewetki czy ośmiornice trafiały do nas jeszcze tego samego dnia, kiedy są poławiane, ale jednak zawsze brakuje w nich tego elementu klimatu danego miejsca, co moglibyśmy chyba na spokojnie nazwać właśnie lokalnością. Tak to już z jedzeniem jest, że najlepiej smakuje w miejscu zbioru, połowu, itd. Zresztą chyba wspomnienia o owocach jedzonych na działce u babci sprawdzają się tu najlepiej. Świeżość, soczystość, tego nie da się podrobić żadnymi nawozami, a przy okazji ze względu na bliskość i krótki termin takiego produktu, nienaturalne konserwanty stosowane w większości importowanych składników, nie są potrzebne.

Tutaj nie ma miejsca na konserwanty, ulepszacze smaku i inne substancje chemiczne. W produktach naturalnych jest pełna gama wartości odżywczych. Wierzymy, że kto raz spróbuje wędlin tradycyjnych czy nabiału, który przywozimy ze wsi, nie będzie chciał jeść innego. Minimalizujemy drogę produktu od jego „narodzin” do momentu konsumpcji, zapewniając mu świeżość, ekologiczność, a przede wszystkim przejrzystość całego procesu. My sami dbamy o to co jemy, więc z taką samą troską pochodzimy do naszych klientów, którzy nam ufają. Chcemy budować świadomość żywieniową i jak najskuteczniej zaspokajać potrzeby naszych klientów, wychodząc z inicjatywa i oferując gotowe rozwiązania takie jak RegioPaczka. Coraz więcej klientów dba o to co spożywa – są bardzo świadomi i cenią sobie jakość oraz rzemieślniczy charakter produktów. Często sprawdzają, czytają składy próbują i praktycznie zawsze wracają po dany produkt. Świadczy o tym fakt, że w sklepie stacjonarnym odwiedzają nas klienci z drugiego końca miasta, a Ci co nie mogą dotrzeć zamawiają Regiopaczki, które cieszą się dużym powodzeniem. 

Monika Rysiowska, RegioFood

Jestem, jak we wszystkim, zwolennikiem racjonalnego podejścia i nie przesadzania w podejściu do wspomnianego tematu. Przegięcie w każdą ze stron nie jest wskazane, dlatego nie możemy dać się zwariować, bo wśród niewielkich producentów zdarzają się też partacze, których jedyną motywacją jest ta finansowa, tyle że za konkretną ceną nie idzie odpowiednia jakość. To trochę jak z piwem kraftowym – najlepsze browary wykonują ciężką robotę, aby promować rzemieślnicze podejście do warzenia piwa, a wielu nowych, napalonych na wielkie miliony, po prostu psuje wszystko kompletnie nieudolnym podejściem do tematu i robieniem fatalnych trunków, albo jak z oscypkiem, który oscypkiem jest jedynie przez kilka miesięcy w roku, kiedy to owce dają mleko, a sprzedaje się go non stop.

Nie można dać się również opętać lokalnemu terroryzmowi. Ciężko będzie nam jeść jedynie lokalnie, jeśli lubimy wspomniane już owoce morza czy też dania poszczególnych kuchni azjatyckich czy europejskich. To bardziej kwestia umiejętności wykorzystania poszczególnych produktów lokalnych w przyrządzanym przez nas jedzeniu i po prostu uświadomienia sobie co, gdzie i kiedy.

Koniec końców to do Was należy wybór czy będziecie odżywiać się świadomie, czy w dalszym ciągu ważniejsze będą argumenty o braku dostępności i wysokiej cenie produktów lokalnych. Sorry, ale to bullshit. Dochodzimy powoli do momentu, w którym lokalna żywność znajduje się na wyciągnięcie ręki, jak choćby za sprawą sklepów podobnych do RegioFood. Właściwie każde osiedle we Wrocławiu posiada tego typu mniejszy lub większy sklep, a w weekendy jak grzyby po deszczu wyrastają lokalne bazary. I nie, nie trzeba tu wydać pół swojej pensji. Wystarczy kupić mniej, myśleć o tym, jak wiele jedzenia marnujemy, jak wiele żywności na świecie się psuje. Osobiście za sprawą podobnych sklepów nauczyłem się racjonalniej podchodzić do kwestii zakupów. Nie kupuję kilograma parówek za 5 zł, a biorę cztery sztuki. Nie proszę o skrojenie 35 plasterków szynki, a zabieram do domu 10 i wracam za dwa dni po kolejne. Wszystko zaczyna się i kończy na świadomości, edukacji i chęciach polepszania swojego życia. Dlatego też jestem fanem tych wszystkich mikro producentów, tworzących wszystkie cuda – sery, wędliny, pasztety. Dla mnie korzystanie z lokalnych produktów to doskonała szansa na współtworzenie tożsamości własnego regonu i wpływania na jego przyszłość, dlatego tak chętnie to robię.


Z okazji współpracy przy tym tekście ze sklepem RegioFood, mam dla Was małą niespodziankę. Otrzymałem do rozdania dwie duże Regiopaczki o wartości 105 zł każda. W jej skład wchodzą podstawowe produkty żywnościowe oczywiście od lokalnych producentów.

Co zrobić, aby wygrać jedną z tych paczek od Regiofood? Wystarczy w komentarzu pod tym wpisem na Facebooku napisać dlaczego jedzenie od lokalnych dostawców jest dla Ciebie tak ważne.

Spośród najciekawszych odpowiedzi wybiorę dwie, których autorzy otrzymają dużą Regiopaczkę pod wskazany adres na terenie Wrocławia.

Konkurs trwa do godziny 23.59, w czwartek 7 marca 2019.

Total 7 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments