Często podpytuję Was o różne rzeczy, o polecenia ciekawych miejscówek i w odpowiedzi otrzymuję mnóstwo różnych, czasami skrajnych opinii, które muszę mocno selekcjonować. Dla jednego najgorsze pierogi ruskie będą najlepszymi i odwrotnie, dla drugiego burger z Maka lepszy od innego, itd. Cenię sobie kolejne i przyznam, że za wielką porażkę poczytuję sobie przegapienie lokalu polecanego przez kilku z Was kilkukrotnie. Na szczęście udało się nadrobić zaległości i spokojnie możecie iść, aby przekonać się, że małe rzeczy potrafią najbardziej cieszyć.
Karłowice to dzielnica mojego dzieciństwa. Tutaj chodziłem do szkoły, tutaj latało się na wagary, pierwsze piwo, papierosy i kilka innych rzeczy. Tutaj jadaliśmy lody w Bartonie, tutaj w kościele odbywały się rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego. Od dawna z kościołem jestem na bakier, ale okazuje się, że pod adresem Kasprowicza 24, dokładnie tak, gdzie znajduje się Muzułmańskie Centrum Kulturalno-oświatowe, za ścianami kościoła, na parterze mieści się bar o nazwie odpowiadającej adresowi.
Wiszący nad wejściem szyld niespecjalnie zachęca, zwłaszcza, kiedy na pierwszym miejscu widnieje pizza. Pizza, gyros, grill – kojarzy mi się to z tymi wszystkimi podłymi knajpami ze wszystkim i z niczym. Trzeba jednak przyznać, że na Kasprowicza wygląda to inaczej. Przed lokalem zasiądziecie w skromnym ogródku, w środku z kolei jest czysto, na grillu piecze się ogromna bela mięsa, a do stolików dosiadają się kolejni goście.
Menu składa się z trzech podstawowych działów – gyros, wege i grill. Udało mi się zamówić coś z każdego z nich, co przypłaciłem kolejnymi kilogramami, ale zdradzę od razu, że warto było. Za pierwszym razem idę w zestaw, który z wodą kosztował mnie 37 zł. Większość wrocławskich falafeli cierpi na podstawowe grzechy – są bezsmakowe lub suche, a czasami te dwa dramaty nakładają się na siebie. Na Kasprowicza 24 falafel jest niemal idealny, cudownie zielony wewnątrz, mokry, doprawiony, a do tego z chrupiącą skórką. Zajadam się nimi, tłumacząc się sam przed sobą, że to tylko lekkie falafelki. Do zestawu dorzuciłem shish kebab – tutaj uważajcie, bo trzeba swoje odczekać. W pierwszej chwili wołowina wygląda mi na przesuszoną, ale okazuje się idealnie miękka, zgrillowana, podana razem z frytkami, chlebkiem arabskim oraz pieczonym pomidorem z cebulą. Jest jeszcze kremowy, lejący się oraz bardzo cytrusowy hummus, którego odbiór delikatnie psuje zbyt wyrazista oliwa.
Mając w pamięci pyszne falafele, drugiego dnia zamawiam jednak coś innego, żeby trener nie krzyczał. Do gry wchodzi duży zestaw z gyrosem nabijanym prawdopodobnie na miejscu za całych 18 zł. Cieniutko ścięte mięso jest mocno doprawione, tłustawe, soczyste i dobrze komponuje się z ostrym sosem na bazie pasty paprykowej. Jak na gyros z frytkami, wypada nader pozytywnie.
Nie chcę się Wam rozpisywać przesadnie o tak małym punkcie. Po prostu idźcie i spróbujcie – choćby dla samych falafeli, ale i hummusu. Kłaniam się nisko i przepraszam, że dopiero teraz udało się tu trafić. Nie jest to elegancka restauracja, ale czuć jakąś prawdę bijącą od ciężko pracujących tu ludzi. Falafel jest pyszny, więc niech falafel będzie z Wami!
Kasprowicza 24
ul. Kasprowicza 24








jadłem kilka razy w tym miejscu, i nie do końca zgadzam się z recenzją, ten gyros jest kompletnie niedoprawiony, mają taki styl – doceniam, ale gyros to przypieczone mięso dość wilgotne, nie chrupiące – ale bez przypraw 🙂
Ten wyrazisty smak, który czuć w hummusie, to nie oliwa, tylko (obok cytryny oczywiście) duża ilość tahini. Przepisy bardzo się potrafią różnić, jeśli chodzi o ilość pasty sezamowej, u Ottolenghiego jest to ok. 1 szkl. na szklankę suchej ciecierzycy – a oliwy zero, tylko opcjonalnie do serwowania. Tutaj, można powiedzieć, podobny styl.
bylem tydzien temu w tym lokalu. tortilla XXL przecietniak jak wszedzie. niczym szczegolnym sie to nie wyroznialo. w slaki 1 – 6 daje 3+