Jak schudnąć bez restrykcyjnej diety? Doświadczenia #grubasaWPK


W ostatnich dniach maja napisałem Wam, że:

od 1. czerwca #grubasWPK zaczyna dbać o siebie

Większość z Was przyjęła taką deklarację życząc szczęścia, choć pewnie myśląc jednocześnie – phi, który to już raz?! I nie mam o to pretensji, bo faktycznie wcześniejszych podejść był mnóstwo – jedne kończył się chwilowym sukcesem, inne kompletną porażką. Następnie w sierpniu zdałem pierwszy raport z efektów procesu chudnięcia i po oznajmieniu, że spadło mi siedem kilogramów, pojawiły się komentarze, że to woda i teraz przyjdzie prawdziwa weryfikacja.

Pora więc na podsumowanie po pięciu miesiącach.

  • 12 kg w dół
  • challenge polegający na zmieszczeniu się w spodnie sprzed pięciu lat – już zaliczony, a daliśmy sobie na to rok

To jednak tylko cyferki i suche fakty. Ważniejsze jest jednak co innego – jak do tego doszło? Jak doszło do tego, że z zapasionego, ociężałego gościa z zardzewiałymi stawami w ciągu pięciu miesięcy stałem się nieco mniejszym grubasem, który na nowo pokochał ruch, treningi i dość skutecznie odzyskuje sprawność? Łatwo nie jest, ale łatwiej, niż mogłoby się wydawać.

Jedno wiem na pewno – dzień, w którym z zaproszeniem na trening odezwała się do mnie ekipa Hardy. Wyższa Forma, zakreślę sobie na zawsze w kalendarzu. Wiem, że dla niektórych będzie w tym za dużo patosu, ale uwierzcie – ta jedna wiadomość na messengerze odmieniła moje obecne życie i pozwoliła na nowo odnaleźć zajawkę na ruch. Wiem też, że to dopiero pięć miesięcy, ale każdy kolejny dzień, każdy kolejny trening daje mi jeszcze większego kopa do działania, a wskazania wagi mówią jedno – jest dobrze.

Dobra, ale co jest tak niezwykłego w tych treningach? Treningach, których nie traktuję w ramach niemiłego obowiązku, a przyjemności.

GRUPA

Należę do osób lubiących przebywać pośród ludzi. Może nie jestem wiodącą postacią takiej grupy, ale lubię czuć się jej częścią, lubię szyderkę, poczucie życia w pewnej społeczności. Te treningi mi to umożliwiają, bo odbywają się w klilku(nasto) osobowych grupach, przez co zawsze jest wesoło, a do tego grupa ciągnie w górę. Z jednej strony możesz zobaczyć ile brakuje ci do najlepszych, z drugiej widzisz, że nie jesteś najgorszy. Zabrzmię trochę jak lizus, ale w Hardym naprawdę można się poczuć jak w rodzinie, i to nie tej, z którą dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach. Tutaj każdy jest równy, każdy trzyma za ciebie kciuki, pomaga i podpowiada.

SZYBKI EFEKT

Paradoksalnie te efekty widzę nie tylko na sali w Hardym – choć także i tutaj mam swoje małe sukcesy, jak choćby podciągnięcie się na drążku czy wejście na linę, co początkowo wydawało się nieosiągalne. Największy skok zauważyłem na sali, gdzie gram w kosza ze znajomymi. Rok temu o tej porze problemem było przebiegnięcie trzech długości sali, a powrót do obrony po oddanym rzucie nierzadko wiązał się z użyciem nadprzyrodzonych sił. Na ten moment biegam przez 1,5 godziny od kosza do kosza, skaczę, przepycham się i czerpię radość z gry pierwszy raz od czasów basketu na podwórku za dzieciaka. To pokazuje mi, że zrzucam nie tylko kilogramy, ale podczas treningów poprawiam wydolność, ogólną sprawność i zwyczajnie przygotowuję swoje ciało do normalności. Razem ze mną trenuje moją żona – była lekkoatletka i po latach olewania aktywności fizycznej, nagle zapałała miłością do sportu, a parametry wydolnościowe bardzo szybko wróciły do normy. Jak widać, wbrew obiegowym opiniom o tej formie treningu, nie polega ona jedynie na dźwiganiu coraz to większych ciężarów bez sensu.

JAKOŚĆ RUCHU

Wiecie jak to jest – idziecie na siłownię, nie bierzecie trenera, bo przecież zapłaciliście już za karnet. I snujecie się od jednej maszyny do drugiej – a to zarzucicie sobie 20 kg na nogi, a to przebiegniecie 7 minut na bieżni, potem 10 na rowerku, a na koniec 8 powtórzeń na klatkę. W ciemno strzelam, że tak robi 90% osób mających karnet w sieciowych siłowniach. Znam to nie tylko z obserwacji, ale z własnych doświadczeń. Mało tego – każde z tych ćwiczeń wykonuje się bez techniki, kontroli, bez pomysłu. W Hardym w końcu ktoś powiedział jasno – najpierw naucz się konkretnego ruchu, potem go wykonuj, bo inaczej zrobisz sobie krzywdę i zniechęcisz się do sportu. Technika, technika i jeszcze raz dokładność. Jeśli robisz coś niedokładnie z obciążeniem 20 kg, weź połowę mniejszy ciężar i rób poprawnie. Ot, całą filozofia. Jako nauczyciel z zawodu, pochwalam taką metodykę w 100%.

CHOLERA, TO UZALEŻNIA

Po wstępnych ustaleniach z ekipą Hardego, po zerknięciu na moje ciało, a właściwie to, co się z nim stało na przestrzeni kilkunastu lat zaniedbań, ustaliliśmy sobie plan – dwa treningi w tygodniu. Spodobało mi się na tyle, że szybko przeszliśmy na trzy, a obecnie – o ile praca na to pozwala – jestem na Armii Krajowej pięć razy w tygodniu. Od kilku osób słyszałem, że te zajęcia uzależniają, ale pochodziłem do podobnych opinii z dystansem. A jednak! Ten ruch, chęć rozwoju, widoczne efekty, pokonywanie własnych słabości na kolejnych zajęciach. To wszystko nakręca, aby przychodzić częściej i częściej. Podobno suma uzależnień człowieka zawsze się zgadza i to mi pasuje – przezwyciężyłem nałóg do słodyczy, a jednocześnie uzależniłem się od ruchu.

DIETA. JAKA DIETA?

To chyba najciekawszy punkt całej układanki i opowieści. Nie zliczę, ile opinii na temat jedzenia węglowodanów po treningu, picia piwa, jedzenia smażonego, czy tłuszczu usłyszałem przez tych pięć miesięcy. Serdecznie dziękuję za wszystkie uwagi, a jednocześnie mam radę do wszystkich, którzy wyszukują coraz to nowych diet, aby stracić kilka kilogramów – odpuśćcie sobie. Dieta nie jest tym, co jemy tylko w okresie utraty kilogramów, ale przede wszystkim tym, co jemy później. Łapię się za głowę, słysząc że ktoś potrafi zrezygnować z węglowodanów, białka czy alkoholu na czas diety. Pewnie 99% czytających ten tekst wie, że powrót po drastycznym odstawieniu jest jeszcze gorszy i prowadzi nie tyle do efektu jojo, a raczej do podwojenia nadmiaru kilogramów. Mój pomysł był od początku ten sam – jadę mocno z treningiem, ale nie rezygnuję z tego, co kocham, a więc jedzenia. Nie zacznę nagle unikać kanapek z wołowiną, makaronów czy smażonego sera, bo zacząłem trenować. Mało tego – dopiero teraz z czystym sumieniem mogę je jeść, bo wiem jak ciężko zapieprzam na treningach. Jasne, przy takim postępowaniu nie dojdę do wagi 70 kg, ale nawet nie zamierzam. Chcę żyć normalnie i nie zamierzam uzależniać się od liczenia kalorii, pilnowania godzin posiłków, bo nie widzę szans na powodzenie takiego projektu. Nie z moim charakterem i naprawdę podziwiam wszystkich, którzy odmawiają sobie wszystkiego. Szanuję, ale nie zalecam. Jeśli kochacie jeść – trenujcie, aby móc jeść, po prostu. Bez filozofii, bez porad doktora Google.

Jeśli nie rozwiałem jeszcze Waszych wątpliwości, postaram się opowiedzieć trochę o najczęstszych obawach związanych z rozpoczęciem treningów. Obawach, które towarzyszyły także i mnie.

NIE DAM RADY

Dasz! Dlaczego niby miałbyś nie dać. Wystarczy trochę silnej woli oraz prawdziwa chęć wprowadzenia zmian w swoim życiu. Ja tych zmian pragnąłem bardzo mocno, i choć jestem dopiero na początku drogi, mam w dalszym ciągu sporo samozaparcia, aby działać. Czy treningi są ciężkie? Tak. Czy są niewykonalne? Nie. Skalowanie obciążeń i ilości powtórzeń pozwala na indywidualne dopasowanie każdego treningu do własnych możliwości. Nie obawiajcie się, że ktoś nakaże Wam od razu podnosić stukilogramową sztangę i podciągać dziesięć razy na drążku. Każde ćwiczenie ma swoją prostszą lub jeszcze bardziej prostą wersję, aby każdy mógł wykonać dobrą pracę w ramach własnych możliwości. Nie ma opcji, żeby któraś z wersji była dla Was za ciężka. Nie ma!

WSTYDZĘ SIĘ

Spójrz na mnie i od razu Ci przejdzie. Mój brzuch wylewał się spod koszulki przez kilka pierwszych tygodni, ale z racji na to, że ogólnie mam wylane na to, jak wyglądam, niespecjalnie się tym przejmowałem. Nie potrafisz podciągnąć się na drążku, zrobić pompki, przebiec kilometra, utrzymać 30 sekund w pozycji deski? Ja też nie potrafiłem, a po pięciu miesiącach się udaje. Dużo pracy przede mną, ale jak widać – da się, tylko trzeba zacząć. Bez tego nigdy nie wyzbędziecie się wstydu.

NIE MAM CZASU

Od razu skończmy z tymi głupimi wymówkami. Ja przez lata też wmawiałem sobie, że się nie da. Jeśli nie możesz przyjść na trening na 9.00, wpadnij na 6.30, ewentualnie po pracy na 21. Musisz zostać z dziećmi? Przyjdź z nimi, nawet jeśli są w nosidełku. Zamiast przysiadów z ketlami, będziesz je robił z dzieckiem na rękach. Pojęcie braku czasu nie istnieje, jeśli naprawdę pragniesz coś w sobie zmienić. Osobiście nauczyłem się organizować sobie czas w ten sposób, że trening jest integralną częścią dnia i żadna praca nie może mi w tym przeszkodzić. Czasami po prostu trzeba się poświęcić i wstać wcześniej lub wyruszyć na trening, kiedy dzieci pójdą już spać. Coś za coś. Zawsze można w tym czasie przez godzinę bez sensu scrollować Facebooka.

NIGDY NIE TRENOWAŁEM

Po to właśnie jest w Hardym instytucja Kursu dla początkujących. Jeśli się boisz, jeśli nie wiesz czy na pewno treningi ci się spodobają, zapisz się na On ramp i sprawdź, czy to dla Ciebie. Poznasz własne możliwości i ograniczenia, poznasz klimat Hardego, ale obstawiam, że zapewne się zakochasz.


Właśnie wejściówkę na taki kurs dla początkujących, obejmujący osiem zajęć, który rozpoczyna się 5. listopada, mam dla Was. Możecie ją wygrać i rozpocząć zmieniać swoje zmagania z wagą czy brakiem sprawności, a żeby to zrobić, napiszcie w komentarzu pod tym wpisem na Facebooku (tutaj), dlaczego właśnie Ty potrzebujesz tych treningów najbardziej. Spośród wszystkich odpowiedzi wybiorę najciekawszą i przekażę wejściówkę na Kurs dla początkujących. Proszę jednak, aby do zabawy zgłosiły się osoby, które faktycznie skorzystają z nagrody. Macie czas do 30 października, do godziny 23.59.


Spodobał Ci się mój tekst? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage.

Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Foto – Bartek Sadowski

Total 62 Votes
6

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments