#KoronaDelivery pożegnanie – raport WPK #8


Po dwóch miesiącach z okładem w końcu możemy odetchnąć. Nie do końca pełną parą, ale wszystko wskazuje, że zmieszamy w dobrym kierunku, dzięki czemu od 18. maja restauracje ruszają na nowo, choć z mocnymi obostrzeniami dotyczącymi bezpieczeństwa. Wszystko wskazuje na to, że cykl #KoronaDelivery właśnie dobiega końca i wcale mi nie szkoda, bo z niecierpliwością wypatruję możliwości wyjścia gdzieś do restauracji, na piwo czy lody z dziećmi. Ruszamy z ósmym i prawdopodobnie ostatnim odcinkiem.


#KoronaDelivery – raport WPK #1

#KoronaDelivery – raport WPK #2

#KoronaDelivery – raport WPK #3

#KoronaDelivery – raport WPK #4

#KoronaDelivery – raport WPK #5

#KoronaDelivery – raport WPK #6

#KoronaDelivery – raport WPK #7


W początkowych dniach pandemii Gigi zamknięto na cztery spusty, następnie po mieście zaczął przemieszczać się busik ze słodkościami z ulubionej cukierni wrocławian, aż w ostatniej fazie – oczywiście w ograniczonej formie – otwarta została sama miejscówka w Ferio Gaju z opcją na wynos. Kiedy się o tym dowiedziałem, w głowie zaświtała jedna myśl – bułka z mortadelą. Nie, to jest BUŁKA Z MORTADELĄ! Musiałem jechać z Zakrzowa, więc lekko nie było. Ustawiłem się grzecznie w niedługiej kolejce, w międzyczasie wymyśliłem co zabrać do domu dla żony i dzieciaków, aż w końcu przyszła moja kolej. Wezmę to, i to, i to, jeszcze trzy sztuki tego, o, jeszcze to! Też tak macie, kiedy stoicie przed witrynką Gigi? Ostatecznie zabrałem ze sobą absolutnie wybitną bułkę drożdżową, która pachniała jak kuchnia mojej babci w dzieciństwie. GENIALNA. Rogaliki z różą też, drożdżówka też. Ale, ale, przede wszystkim bułka maślana z mortadelą, chutneyem śliwkowym, sos truflowy i serem provolone. Matko, jakie to jest dobre. Fantastyczna, ukochana kanapka. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji, koniecznie spróbujcie! Jest słodka, wytrawna, słona i truflowa za jednym zamachem. Złoto.

Na samym początku był to trzeci lokal restauracji Lviv, a od jakiegoś czasu, bez specjalnej zmiany w menu, miejsce nazywa się po prostu – Zatorska 60. Tak, ta Zatorska, na której mieszkam, stąd mam spory sentyment i dużo sympatii do niepozornego bistro prowadzonego przez naszych przyjaciół zza wschodniej granicy. Pandemia pomogła właścicielom w podjęciu decyzji o ruszeniu z dowozami, co wydaje się być bardzo sensownym ruchem na osiedlu, gdzie poza dwoma pizzeriami jedzenia nie dowozi nikt. Przez Glodny.pl zamówiliśmy sobie obiad dla całej rodzinki na początku tygodnia i właściwie jak zawsze mogę powiedzieć – równo, smacznie, uczciwie. Moim ukochanym daniem ever są pierogi ruskie, a że te w bistro na Zatorskiej robią z należytą staranności i smakiem, jestem wielkim fanem. Mocno twarogowy, pieprzny farsz i mocno zeszklona i słodka cebulka, to to, co lubię najbardziej. Ruskie bierzcie w ciemno, podobnie jak pielmieni. Moje dzieciaki uwielbiają serniczki, czyli obiadową wersję deseru w formie kotlecików serowych z malinami i śmietaną. Nie mogło obyć się bez placków ziemniaczanych ze śmietaną i cukrem, wiadomo. To moja miłość, choć tutaj w wersji bez mąki, przez co placki są lekkie jak piórko, rozpływające się w ustach. Ostatnio menu nieco się rozszerzyło i doszedł m.in. zamówiony przez żonę kotlet mielony z serem, ziemniakami oraz buraczkami, a więc taka klasyka w dobrym wydaniu.

Jadąc ostatnio po piwo do Browaru Widawa w Chrząstawie, przeżyłem niemały szok, widząc jak bardzo rozwinęły się tereny na wschód od Wrocławia. Jeszcze dziesięć lat temu, kiedy pracowałem w chrząstawskiej szkole, drogę otaczało kilka domów na krzyż, a dopiero zaczynała się ekspansja wrocławian na te tereny. Obecnie w Nadolicach, Chrząstawie czy Dobrzykowicach życie kwitnie, deweloperzy szaleją, a po drodze buduje się hala, w której znajdzie się zapewne Biedronka lub Lidl. Brak tu jednak infrastruktury gastronomicznej, i w tym wszystkim doskonale odnalazła się ekipa Bratwurstów i Shrimp House, otwierając na Wojnowie punkt, z którego dowożone jest jedzenie z obu konceptów. Czy przegapicie ich miejscówkę? Zdecydowanie nie, bo już z daleka Waszą uwagę zwróci biegająca po ulicy wielka kreweta. Skusiłem się więc na smażony ser z food trucka Bratwurstów, a do domu zabrałem kubełek krewetek – miks grillowanych i w panierce, w sumie 36 sztuk, co okazało się porcja absolutnie przesadzoną na naszą czteroosobową ekipę. Jeśli lubicie dużo krewetek, to opcja zdecydowanie dla Was. Wojnów i cała okolica cieszy się z kolei, że zyskała w końcu jakieś sensowne gastro miejsce.

Food truck ośmiu misek na Borowskiej to klasyk nad klasykami i kiedy wracając z Gigi przejeżdżałem obok, to… nie mogłem nie wstąpić. Szybki pad thai, do tego spring rollsy i dużo uśmiechu na twarzy. Tajski specjał wychodzi miskom dobrze od dawna, i nie inaczej było tym razem. Odpowiedni balans pomiędzy kwaśnością i delikatną słodyczą, piękny aromat – dawno nie jadłem, ale tak właśnie zapamiętałem miskowego pad thaia sprzed lat. Jeśli nie macie pomysłu na obiad w okolicach Gaju, zdecydowanie obierzcie kurs na Borowską.

Ostatnio zadałem Wam pytanie na fanpage WPK – czy jest ktoś, kto nie lubi frytek? Okazało się, że znalazło się wielu śmiałków, ale jednak zdecydowana większość z nas fryty kocha. Ja należę do tej drugiej grupy i kiedy przechodzę obok lokalu Frytki+sos na Oławskiej, jakaś nieznana siła ciągnie mnie w jej kierunku. W czasach pandemii nie ma kolejek, więc na fryty czeka się maksymalnie kilka minut, z czego chętnie skorzystałem. Porcja mała z sosem chipotle zniknęła, zanim się spojrzałem. Lubię ich za konkretny rozmiar i porcję oraz grubość, a także tytułowe sosy, pozwalające uniknąć frytkowej nudy.

Kiedy wybrałem się po sadzonki na Bielany Wrocławskie, przypomniałem sobie o znajdującym nieopodal, chwalonym przez wielu miejscu z hinduskim jedzeniem. Namaste India to maleńki lokalik nastawiony głównie na dowozy od zawsze, więc obecna sytuacja specjalnie nie wpłynęła na zmianę kierunku działalności. Menu jest klasyczne, jak to z podobnymi przybytkami bywa, a że lubię klasykę, zabieram ze sobą butter chicken oraz samosy i zmykam do samochodu, aby spałaszować całość. Dramatu nie ma, ale jednak zarówno jedno, jak i drugie danie pozbawione jest wyrazistości, a wnętrze samosów zostało zamknięte w przesadnie grubym cieście, które przeszkadza w cieszeniu się z tej kuchni.

Glodny.pl organizuje w maju Wrocławski festiwal jedzenia w domu, podczas którego restauracje z portalu przygotowują coś specjalnego w cenie 25 zł. Znany już dobrze głównie w klimatach wegetariańskich Ibo falafel zaproponował wrapa z trzema falafelami, wegańską fetą, oliwkami, papryką, cebulą i pomidorem. Sam falafel robi większość roboty, świeże dodatki wprowadzają nieco ożywienia, a wielkość samego wrapa zwyczajnie robi wrażenie i w naszym domu zjadamy go we dwójkę. Ibo w kategorii jedzenie wege wyrasta na mocnego zawodnika.

Czym dla wrocławian jest knysza? To dobre pytanie, choć odpowiedzi znaleźlibyśmy pewnie tyle, ilu mieszkańców ma stolica Dolnego Śląska. Dla jednych to młodość i studia, dla innych imprezy, dla kogoś jeszcze coś nieznanego. Niewątpliwie jednak knysza była symbolem wrocławskiej gastronomii ulicznej na przełomie wieków. Gastronomii patologicznej, pijackiej, zdeprawowanej. Za legendę postanowiła się ostatnio zabrać restauracja Młoda Polska i efekty są… zaskakująco podobne do tych sprzed lat w kilku kwestiach. Po pierwsze – nie liczcie na to, że zjecie ich knysze bez ubrudzenia się. Nie ma takiej opcji! Sos na pewno skapnie na koszulę lub buty. Po drugie – składniki klasyczne mieszają się z nowym wydaniem knyszy. Kapusta i pikle romansują z mac&cheese i obowiązkową cebulką prażoną. W wersji wołowej kapusta występuje obok kukurydzy. Jakie są różnice? Decydujące o jakości – świeża, lekka, trzymająca całość buła, do tego sezonowana wołowina, schabik lub panierowane halloumi. Wspomnienia łączą się z teraźniejszością i pomysłowością ekipy Beaty Śniechowskiej. Szanuję za dystans, za umiejętne podejście do tematu oraz luz i formę przygotowywanych dań w okresie pandemii. Knysza oddziałuje mocno emocjonalnie i wydaje się być strzałem w dziesiątkę, a do tego smakuje bardzo przyzwoicie.

Piwny element jest już tradycją, której nie zamierzam opuszczać. W ostatnich dniach dotarła do mnie paczuszka z Browaru Golem z kilkoma piwami, z których zdecydowanie największe wrażenie zrobił kokosowa w posmaku, chmielowa IPA Tropical Beast, a w moim przypadku najpiękniej wyglądały one w wyczekiwanej szklance z Golema właśnie. Można ją zdobyć lub po prostu kupować w Golemie. 


Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

 

Total 8 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments