Nafta Neo Bistro – tajemnica smaku


Na każdym zebraniu jest taka sytuacja, że ktoś musi zacząć pierwszy.

Ten cytat z kultowego Rejsu świetnie oddaje sytuację miejsca, o którym chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć. Miejsca zdecydowanie wyróżniającego się na tle większej części wrocławskiej gastronomii. Gastronomii nudnej, powtarzalnej i idącej na łatwiznę. Brnącej w banał, kierującej się w stronę turystów i pełnej ludzi, którym brak odwagi do wyjścia poza własną strefę komfortu. Kiedy już wydawało mi się, że na kolejną sensowną restaurację w mieście będziemy musieli trochę poczekać, objawiła się ona. Na imię jej Nafta Neo Bistro i może nie odkrywa nic nowego w gastronomii, ale odsłania wielu wrocławianom oczy, że wcale nie trzeba mieć drogiego lokalu w stylu IKEA na samym Rynku, że nie trzeba nakładać obrusów i tworzyć sztucznej, sztywnej atmosfery, żeby przyciągnąć, zaciekawić i co najważniejsze, zadowolić swoich gości.

A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje.

Gdyby film zamienić na gastronomię, tę wrocławską, to w dużej mierze by się zgadzało. Nafta Neo Bistro wprowadza nowe standardy. Pierwsza rzecz – zaskoczenie. Sam trochę śmieszkowałem z tego, że nie chcą zdradzać adresu bistro, choć pół gastronomii znało go od dawna. W końcu jednak zrozumiałem, że idzie za tym jakiś pomysł, chęć zaskoczenia i wprowadzenia elementu tajemniczości. Coś, czego nikt wcześniej w stolicy Dolnego Śląska nie zrobił, i choćby za ten ruch należą się wielkie brawa. No więc jeszcze przez jakiś czas sytuacja wyglądać będzie tak, że zanim wybierzecie się do Nafty, musicie zadzwonić, zarezerwować stolik i czekać na wiadomość zwrotną trzy godziny przez planowaną wizytą, już a dokładnym adresem. To taki pomysł zaciągnięty z idei Pop Up, gdzie restauracja znika i pojawia się raz na jakiś czas.

Przejdźmy od słów do czynów.

Jedni ogłaszają datę otwarcia pół roku wcześniej, inni wydają grubą kasę na reklamę, jeszcze inni próbują spraszać blogierów na super tajną premierę menu, a w Nafcie po prostu wystartowali. Otworzyli restaurację, chwilę wcześniej Facebooka i otoczyli całość pewną nutką niepewności, tajemniczości i ciekawości. Jak się okazuje, każdy kto miał się dowiedzieć o ich istnieniu, dowiedział się na czas, bo już w kilka dni po otwarciu sala została zapełniona. To kuchnia ma tu grać główne skrzypce i w dużej mierze tak właśnie jest.

Za cały projekt odpowiada pracujący wcześniej m.in. u boku Justyny Słupskiej Kartaczowskiej, Aleksander Struś. Człowiek skromny, ale z otwartym umysłem i co udało się zaobserwować, pracowity oraz mający wiele pokory, co na kuchni jest ogromną zaletą. Z Szefem Kuchni wiąże się też ciekawa historia odnośnie jego bistro. Że jest kucharzem i właścicielem, to jedno, ale do spółki ze znajomymi i wspólnikami samodzielnie zaprojektowali wnętrza, urządzili je i odremontowali. W tym momencie zapala się lampka, podpowiadająca – to musi być intrygujące miejsce.

Jest, zdecydowanie. Już na wejściu wita nas aromat palonej nafty, będącej łącznikiem pomiędzy współczesnością, a historią. Niegdyś mieścił się tu skład nafty, ściany są nią niemal przesiąknięte, a obecnie na każdym stoliku pali się niewielka, wypełniona oleistą cieczą, lampka. Połączenie drewnianych mebli, zielonych roślin i wyczyszczonej cegły tworzy klimat sam w sobie i chyba niewiele muszę Wam tłumaczyć. Wystarczy, że spojrzycie na zdjęcia.  Otwarta na salę kuchnia z kolei sprawia, że po części możemy się czuć jak obserwatorzy wspaniałego widowiska, rozgrywającego się na scenie.

Pewnie mają drogo, pomyślała duża część z Was. Niespodzianka, bo drogo nie jest. Jest tanio i nie bójmy się tego powiedzieć. Byle nie głośno, żeby właściciele cen nie podnosili. Sama karta zmienia się cyklicznie. Kiedy po niespełna miesiącu od otwarcia bistro zjawiliśmy się na kolacji, nasze menu zostało oznaczone numerem osiem, więc częstotliwość jest spora. Wszystko zależy od inwencji oraz produktu, jaki Szef Kuchni zdobędzie w danym momencie.

Kilka słów o atmosferze, dosłownie kilka. Robotę robi to niezwykłe połączenie swego rodzaju elegancji, a zarazem luzu. Nie ma obrusów, ale zadbano o szczegóły, jak choćby podstawki do sztućców wykonane ze śrub. Są koszule u kelnerów, ale z rozpiętym ostatnim guzikiem. Jedno jest pewne – chce się tu siedzieć, jeść i spędzać czas, ale proszę Was, nie oceniajcie ich w kategorii najlepszej restauracji w mieście, nawet jeśli wydźwięk mojej relacji będzie świadczył o tym, że to wyjątkowe miejsce na wrocławskie gastro mapie. Bo i właśnie – wyjątkowe, nie najlepsze. Spodziewam się nawet, że ekipa Nafty nie ma ambicji być najlepszymi. Oni po prostu chcą pokazać coś nowego i stawiam, że już tego dokonali.

Pomimo rezerwacji na 20.30, sala faktycznie jest pełna, ale nie głośna, bo dźwięk idealnie roznosi się po wysokim pomieszczeniu. Nie czuć też ani trochę kuchennych zapachów, a stoliki rozstawiono na tyle luźno, że nie ma się wrażenia, że jedni goście siedzą na głowie innych.

Początek jest spokojny. Na stole pojawia się pieczywo oraz masełko z solą, popiołem i duszoną szalotką oraz woda, której nigdy nie brakuje. Chwilę później na stół wchodzi amouse bouche, czyli suszona wołowina z przyjemnie sezomowymi glonami goma wakame. Rozpoczyna się ciekawie, a po chwili kelnerzy donoszą przystawki. Z siedmiu dostępnych w cenach od 14 do 18 zł nie zamówiliśmy tylko kremu z pora.

Duże wrażenie robi wątróbka drobiowa z karmelizowaną cebulą i gruszką (14 zł). Mięso jest delikatne, z interesującym winnym tłem oraz tak potrzebna, balansującą wątróbkową wytrawność słodyczą owocu. Wędzona kaczka ze szparagami oraz serem z kozieradką (18 zł) pięknie różowi się na talerzyku, a przede wszystkim dostarcza naszemu węchowi dymnych aromatów. Moje marynowane szparagi (16 zł) zadowalają mnie w pełni, nieźle współgrają z kremową pastą z fasoli, ale jednej rzeczy nie do końca mogę pojąć – po co ten podpłomyk. Wiem, że chrupie, ale ani nie da się go pokroić, ani specjalnie nie wnosi nic do smaku. 

Również tatar nie wzbudza wielkiego entuzjazmu (19 zł). Podoba mi się, że to mięso nie jest zmielone na śmierć, czuć jego teksturę, choć trochę przeszkadza mi przesadna ilość dominującego w smaku ogórka, innym z kolei nie pasowało niespecjalne nawilżenie mięsa. Pewne kontrowersje wzbudziły również ośmiorniczki (18 zł) z soczewicą i marakują. W pierwszej chwili mina nam zrzedła, ale z każdym kolejnym kęsem uśmiech powracał. Jest słodko i kwaśno zarazem, delikatnie morsko, a za sprawą chipsów z tapioki, chrupiąco. Można powiedzieć, że to totalny odlot na kuchni, ale ja takie odloty w pełni kupuję. Bardzo fajna, orzeźwiająca przystawka. Za to boczek teriyaki (17 zł) z czosnkiem niedźwiedzim urzeka wszystkich. Tłuściutki kawałek wieprzowiny, chrupki, a do tego nienachalny, ale wyrazisty czosnek. Brać jeden i domawiać kolejny!

Jeśli przy starterach mogliśmy mieć jakieś uwagi, tak dania główne spożywaliśmy niemalże w ciszy, gapiąc się czule w swoje talerze, jedyne odstępstwa czyniąc, kiedy ktoś chciał podkraść kawałeczek dania od innej osoby. Polik wołowy (32 zł) nie dość, że rozpada się pod każdym dotknięciem widelca, to jeszcze jest pełen smaku, konkretny i skomponowany z trochę niedosolonymi ziemniakami, co jednak nie jest w stanie zepsuć niezwykle pozytywnego obrazu, zbudowanego wokół tego dania. Sałata ze śmietaną pobudza jeszcze wspomnienia domowych obiadów i pozostawia pyszne wspomnienia. Polędwicę z dorsza umiejętnie zmiksowano z botwinką oraz obłędnie świeżym koperkiem. Ryba usmażona w punkt, do tego przełamana chłodnikiem, a całość wykończona ziemniakami z chrupiącą, ogniskową skórką. Największymi wygranymi okazały się osoby zamawiające żeberka wieprzowe (29 zł), cięte na dwa różne sposoby. Wersja z tłuszczykiem rozbija głowę, która domaga się więcej i więcej. Lekka azjatycka nuta daje o sobie znać, podany w osobnym naczyniu ostry sos podkręca temperaturę, a smażony ryż chociaż absolutnie nas zaskakuje, okazuje się idealnym dopełnieniem.

Niejako na zakończenie dobijamy się deserami. Brownie z sosem karmelowym to solidna dawka słodyczy. Bardziej pasują mi lody, jak się okazuje z Krasnolóda, z kruszonką, marakują i tajską bazylią. Połączenie słodyczy i kwaskowatości zawsze robi mi dobrze.

Jestem pod wrażeniem i już zastanawiam się, kiedy wrócę do Nafta Neo Bistro. Atmosfera to piękny wstęp, jedzenie jest smacznym rozwinięciem, a rachunek przyjemną niespodzianką. Nowoczesna wrocławska gastronomio, wzoruj się, kopiuj i powtarzaj, bo tak dobre wzorce po prostu trzeba przenosić dalej.

Nafta Neo Bistro

FB

Total 91 Votes
26

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments