Gastro tydzień z WPK #1


Przez sześć lat opisywałem Wam gastronomiczną rzeczywistość Wrocławia za pomocą codziennych postów, w których relacjonuję wizyty w pojedynczych restauracjach. Na zasadzie – jeden wpis, jedna restauracja. I… dalej tak będzie, ale w tym dość dziwnym pandemicznym czasie wpadłem na pomysł, który chodził mi po głowie od dawna. Mianowicie raz w tygodniu pojawi się post w cyklu – Gastro tydzień z WPK. Czym będzie się różnił od standardowych wpisów? Otóż postaram się w nim opisać całotygodniowe doświadczenia związane z tym co i gdzie jem, jak często i dlaczego tam. Skąd taka idea? Często pytacie mnie dlaczego nie opisuję wszystkich miejsc, w których bywam. Odpowiedź jest dość prosta. Po pierwsze – zdarzają się restauracje tak złe, tak bardzo nierokujące, że szkoda mi czasu, aby poświęcić im cały wpis. Po drugie – często odwiedzam restauracje opisane już kilkukrotnie na blogu, więc odpuszczam, aby Was nie nudzić i nie zostać posądzonym o wspieranie tylko jakiejś części knajpek. Od teraz jednak w zbiorczym wpisie pokaże co jadam codziennie w wersji ekspresowej, na szybko, krótko i odpowiednią dokumentacją foto, tak, żeby nic nie umykało. Pojawią się tu także wyjścia piwne, na kawę czy te z wyjazdów poza Wrocław. Startujemy!

Nie będzie chronologicznie, a wręcz rozpoczynam do samego końca. W czwartek wstałem z jedną myślą – chcę zjeść tatara w Mercado Tapas Bistro. Tego tatara, którego wypatrzyłem na ich Facebooku podczas scrollowania tablicy. To urokliwe miejsce pod nasypem na Bogusławskiego prowadzone jest bez wielkiego rozgłosu, ale wydaje się, że tamtejsza kuchnia ciągle ewoluuje w stronę jeszcze wyższego poziomu. Tatar (24 zł) z automatu wskakuje do wrocławskiego topu. Zgrabnie ułożony, obsypany szczypiorkiem, chłodny, grubo krojony, z chrupiącym chipsem z topinamburu i creme de la creme, kropką nad i – grzybowym majonezem. I ten grzybowy aromat – powiedziałby, że momentami z lekkim truflowym wtrętem, robi tu robotę. Jeśli kochacie tatary, pędźcie spróbować go czym prędzej.

Nie gorzej wygląda sprawa z wieprzowym żebrem (27 zł) w towarzystwie ziołowego, wytrawnego, lekko kuminowego mojo verde oraz chrupiącej kapusty. Mięso rozpada się na włókna przy każdym dotknięciu widelca, pysznie komponuje się z resztą, a dodatkowe patatas bravas (14 zł), którym nie mogłem się oprzeć, powodują uczucie kompletnego napchania się. Ale napchania się bez możliwości zostawienia choćby okruszka na talerzach. Bardzo to było udane!

Mercado Tapas Bistro jest przytulne, malutkie, ale z ciepłym klimatem, smaczną kuchnią i zlokalizowane w miejscu, do którego idealnie pasuje. Brawo.

Swoje pierwsze kroki po częściowym odmrożeniu restauracji skierowałem na ulicę Sienkiewicza – jedną z moich ulubionych kulinarnych we Wrocławiu. Na pierwszy strzał niezawodne mezzi rigatoni (34 zł) z sosem parmezanowym i pieczonym pomidorem oraz szparagami w RAGU. Uwielbiam to miejsce, uwielbiam ten makaron. Jego mocny sos, a zarazem posiada jakąś taką odświeżającą lekkość. Zdecydowanie czułem, że to właśnie Ragu powinienem odwiedzić na dzień dobry, ponieważ należy ono do moich topowych gastro kierunków oraz stanowi moją kwintesencję comfort foodu. Ragu to taki comfort food na najwyższym poziomie i jeszcze nigdy nie wyszedłem stąd zawiedziony. Szapo ba.

Głupio byłoby nie odwiedzić również sąsiadów, a więc Petits Fours Cafe, które w czasach zarazy poradziło sobie sprawie przy pomocy własnych delikatesów. Mnie jednak bardziej kręcił ten pięknie nasłoneczniony ogródek, na którym od razu odpaliłem piwo – właśnie o nim na świeżym powietrzy marzyłem mocno podczas kwarantanny. Do tego streetfood wyniesiony na wyższy level, a więc frytki z kimchi oraz bulgogi. Foodporn pełną gębą, kaloryczny i smakowy strzał, jakiego potrzeba w poniedziałek. Oj tak, lubię takie pomysły.

W międzyczasie razem z rodzinką wyruszyliśmy na weekend do Trójmiasta, ale tym razem wyjątkowo mniej w naszych podróżach kulinarnych było Gdyni, a więcej Sopotu, a to głównie ze względu na moją chęć zjedzenia smażonej ryby. Wiecie, takiej najzwyczajniejszej, bez wielkich oczekiwań, z frytami i przy plaży. W samym Sopocie turystów jak na lekarstwo, ale w jednym miejscu gromadzili się mocno, a nasz pech polegał na tym, że sami udaliśmy się dokładnie pod ten sam adres – do znanego niemal wszystkim bywalcom nadmorskiego kurortu, Baru Przystań. Swoje w kolejce odstałem, ale ze względu na dość wczesną godzinę, ogonek ludzi nie był przesadnie długi, Kiedy po dwóch godzinach opuszczaliśmy miejscówkę, przed restauracją stało jakieś 80 osób.

Jak smakuje ryba w Baru Przystań? Jeśli napiszę – jest zwyczajna, przewidywalna i niemal identyczna, jak w większości trójmiejskich barów, to chyba wiele nie skłamię. Posiada jednak ogromny atut – wielki, wychodzący na plażę ogród, który pozwala wybaczyć kuchni wszelkie błędy. Nie liczcie, że zjecie tu genialną rybę, bo tak nie będzie. O dziwo nie jest też przesadnie drogo – za cztery ryby z dodatkami zapłaciłem 110 zł. Dla widoku na morze warto jednak skorzystać, aby skąpać się w słonecznych promieniach z morską bryzą do kompletu. W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o polecane nam przez jednego z czytelników miejsce z greckim streetfoodem. I faktycznie – Hellas Gyradiko to pozytywny przykład greckiego szybkiego jedzenia w dobrym wykonaniu. Świetne jest mocno doprawione, pięknie pachnące mięso wieprzowe, jakie ląduje w picie z frytkami oraz świeżymi warzywami.

Drugiego dnia, aby uniknąć kolejki i przetestować inną rybę, udaliśmy się do baru Na Fali, znajdującego się od Przystani jakieś 50 metrów dalej w stronę Gdyni. Drewniana budka z rozstawionymi na piasku stolikami to ostateczny argument za tym, aby tu siedzieć, zostawiając na boku przesadne wymagania kulinarne. Zgodnie z przewidywaniami, ryba jaką tu jemy, oscyluje wokół średnich stanów nadmorskich, ale doprawdy nie chce się opuszczać tego miejsca. Nooo, może tylko nadmiar mew i gołębi potrafi uprzykrzyć życie. Widok wynagradza wiele.

Pomimo niezbyt słonecznego maja w tym roku, staraliśmy się wykorzystać każdy moment nad morzem, aby młodzi mogli pobawić się na plaży. Jako że kompletnie nie mają obaw przed zimną wodą, wskoczyli do Bałtyku każdorazowo i bez żadnych problemów. My z kolei cieszyliśmy się wietrznym klimatem, nadmorskim szczęściem oraz piwem z położonego tuż przy plaży miejskiej Browaru Port Gdynia. Ich hazy pils przypomniał mi, że zdarzają się jeszcze w tym kraju piwa z naprawdę konkretną goryczką. Pomimo zauważalnie mniejszej ilości turystów w Gdyni, miejscowe kawiarnie na plaży zapełnione były do ostatniego stolika.

Co robić z dziećmi w Gdyni? W okresie majowym, kiedy wspomnianych turystów nie ma jeszcze tylu, co w pełnym sezonie, można wskoczyć do Akwarium Gdyńskiego, gdzie młodzież może podziwiać setki rodzajów ryb, rekinów czy żółwi, ale przyznać należy, że owo Akwarium najlepsze czasy ma chyba już za sobą, a nie widać specjalnych perspektyw na poprawę ilości i różnorodności wystawianych okazów.

Będąc u teściów nie próżnowałem także w domowej kuchni i przy pomocy makaronu z La Fileja przygotowałem lasagne z pełnym zaangażowaniem. Sos z wołowym mięsem, pomidorami oraz skarmelizowaną cebulką, porem i marchewką, gotował się trzy godziny, zyskując niezwykle mocny smak. Na czterech warstwach znalazł się oczywiście także beszamel, wzmocniony w tym przypadku parmezanem, a każda warstwa otrzymała także swoją dodatkową porcję mozzarelli, beszamelu i parmezanu oraz mięsa. Utwierdziłem się w przekonaniu, że warto zaangażować się w gotowanie takich w teorii prostych potraw, aby wyciągnąć maksimum smaku. Gdybyście potrzebowali jakiejś pomocy z przepisem, służę pomocą.

Będąc w Gdańsku, wstąpiłem do mojego ulubionego sklepu piwnego na Pomorzu – sklepzpiwem.pl. W niewielkim sklepiku na Zaspie mieści się ogrom dobrego piwa kraftowego, ale najbardziej zaciekawiła mnie tym razem pewna nowinka, a mianowicie możliwość zakupu piwa z kranu oraz zapuszkowania go na miejscu, aby w takiej formie przetransportować trunek do domu. Fajna rzecz, w dodatku w popularnych ostatnio puszkach, a przede wszystkim z dobrą zawartością. 

Zostając w tematyce piwnej i puszkowej, polskie piwowarstwo rzemieślnicze powoli wychodzi z pandemicznego kryzysu i kontynuuje puszkowe szaleństwo. Muszę przyznać, że sam nieco poddałem się tej modzie na puszki, ale żeby być sprawiedliwym, piwa mocno chmielone w 90% przypadków smakują z niej wybornie. Widoczny na zdjęciu poniżej zestaw trzech piw z browaru Maltgarden zwyczajnie w świecie kładzie na łopatki. Jedno jest lepsze od poprzedniego, każde inne i niezwykle zaskakujące, choć właściwie w każdym wypadku idące bardziej w stronę słodką, aniżeli goryczkową, ewentualnie słodko-kwaśną. Właśnie styl pastry sour okazuje się być hitem ostatnich tygodni. Dwa mono chmielone piwa wypuścił w puszcze także browar PINTA – w kooperacji z browarami Stu Mostów oraz drugie z Nepomucenem. Oba można nabyć drogą kupna w konkurencyjnych cenach w sklepie piwnemosty.pl, a więc nowym na piwnym rynku.

Gdzie kręciłem się jeszcze w minionych kilku dniach? W końcu odmrożone zostały spotkania biznesowe, więc można było umówić się na kawę w centrum. Paloma na placu Solnym zawsze wydaje się być odpowiednim wyborem, a to ze względu na dobry przelew oraz sporo miejsca w środku i na zewnątrz. Byłem też na kolacji w Browarze Stu Mostów, co opisałem Wam tutaj, a do końca maja trwa Wrocławski Festiwal Jedzenia w domu, podczas którego możecie zjeść specjalnie przygotowane dania za 25 zł, a ja spróbowałem akurat m.in. burrito z Panczo. Więcej o tym poczytać możecie tutaj.

Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Total 12 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments