9.6 C
Wrocław
środa, 28 września, 2022

Gdzie zjeść w Krakowie – Karakter (!), BeerWeek, Hamsa i zapiekanki

Rokrocznie obiecuję sobie i Wam zarazem, że na blogu pojawiać się będzie coraz więcej relacji z innych polskich miast. Coś tam się udaje, ale liczba takich publikacji zdecydowania mnie nie zadowala, a przyczyna zaistniałej sytuacji jest jak zawsze prozaiczna – brak cholernego czasu na podróżowanie choćby po kraju, nie mówiąc już nawet o zagranicznych wojażach. Jeśli macie pomysł w jaki sposób lepiej organizować sobie czas, dajcie znać.

W ostatni weekend maja w końcu udało się nam wyruszyć do Krakowa, który wcześniej odwiedziliśmy jakieś siedem lat wcześniej. Samego Krakowa nie wielbię może aż tak mocno jak rodzimego Wrocławia, ale lubię klimat tego miasta. Podobnie zresztą jak każdego, w którym dużo się dzieje, a w dawnej stolicy Polski wszechobecny jest ogrom turystów, różnorodnych wydarzeń kulturalnych, a i gastronomia, będąca jednym z głównych celów wyjazdów, to polska czołówka.

Na początek kilka spraw organizacyjnych. Trasa z Wrocławia do Krakowa to w teorii czysta przyjemność – około 270 km autostradą A4, czyli dwie i pół godziny na spokojnie powinno nam wystarczyć. Do kosztów paliwa doliczyć należy opłaty za przejazd czwórką, a więc 16,20 zł za odcinek do Gliwic, a następnie kolejnych 20 zł za trasę Katowice-Kraków. Tyle teorii, gorzej z praktyką. Zalecam na bieżąco śledzić meldunki na temat korków na autostradach, bo nam wyszło pięć godzin do Krakowa i siedem z powrotem. Długi weekend niemiecki, wypadki, zwężenia, i zaczyna się robić nieprzyjemnie, zwłaszcza w momencie, kiedy jedziecie z dzieciakami niespecjalnie przepadającymi za podróżowaniem w aucie.

Jeśli chodzi o hotele, to pewnie wielkiej tajnej wiedzy Wam nie przekażę – szukamy zawsze na bookingu, ale od lat przyzwyczailiśmy się do miejscówek firmowanych przez Accorhotels. Jadąc na weekend do innego miasta, nastawiamy się, że pokój stanowić będzie jedynie naszą noclegownię, więc nie dbamy o nadmierne luksusy. W Warszawie najczęściej wystarcza nam Ibis, gdzie pokoje udaje się rezerwować nawet za 39 zł. W Krakowie wybraliśmy opcję z większym pokojem i basenem, na którym Kazik bawił się doskonale wieczorem, w Novotelu City West. Koszt pokoju ze śniadaniem to przy sprzyjających wiatrach ok. 200 zł.

Nasz weekend w Krakowie postarałem się streścić w kilku punktach, opisując miejsca, jakie odwiedziliśmy. Plan był oczywiście nieco inny, zamierzaliśmy odwiedzić jeszcze przynajmniej dwie restauracje, ale jak to w życiu bywa, nie pykło. Choćby zarezerwowanie stolika w obleganym Nolio graniczyło z cudem.

RYNEK

Największa rynkowa atrakcja w Krakowie? Bańki mydlane, za którymi latają setki dzieciaków, naprawdę. Szukając jedzeniowych miejscówek w Krakowie, zapytałem trójki znajomych z Grodu Kraka – czy da się zjeść coś na Rynku? Odpowiedzi – nie, nie, nie. Klimat podobny do tego we Wrocławiu, tylko z jeszcze większą ilością turystów, licznymi ogródkami i jeżdżącymi dookoła dorożkami. Żeby być sprawiedliwym, udało mi się znaleźć kilka ciekawych opinii o pojedynczych tutejszych knajpkach, ale sam charakter krakowskiego rynku za bardzo przypominał mi ten ze stolicy Dolnego Śląska, dlatego pozostaliśmy przy obowiązkowym obwarzanku dla młodego.

KARAKTER

Jako że opiniom Magdy z Krytyki Kulinarnej ufam bezgranicznie, na naszym obiadowym szklaku na Kazimierzu nie mogło zabraknąć przystanku o nazwie Karakter. Ta mieszcząca się w przedwojennej kamienicy restauracja przywitała nas sporą ilością wolnych stolików, dzięki czemu udało się władować do środka z wózkiem i dwójką dzieci. W menu rządzi mięso, a zdecydowanie pierwszoplanową rolę odgrywają podroby. Podroby w najdziwniejszych odsłonach i połączeniach smakowych, rozbudzające wyobraźnię już na etapie wczytywania się w kartę. Młody zajada się lasagne z ozorem, truflowym beszamelem i sosem z zielonej pietruszki (23 zł), my z kolei idziemy w konkrety. Wpadlibyście na pomysł połączenia w jednym daniu grasicy i peklowanych polików wołowych? Ja chyba też nie, dlatego właśnie Karakter tak się wyróżnia, a na dodatek danie nie kosztuje 100 zł. 35 złotówek to więcej niż uczciwa cena za to cudo. Ba, gdyby kosztowało 100 zł, napisałbym to samo. Genialnie delikatna grasica, charakterny, rozpadający się polik i odświeżające ravioli z tłuczonym groszkiem i miętą, z doskonale cienkim ciastem. Matko bosko, na samo wspomnienie tej grasicy chcę wsiąść w auto i jechać do Krakowa raz jeszcze. Ribe eye wysmażony na medium rare za 45 zł wygląda również na promocyjną ofertę. Świetny kawał mięsa, sos pieprzowy i frytki, dziękuję, było pysznie. Początkowo mieliśmy pójść do Nolio, ale nieprzebrane tłumy stojące przed lokalem skutecznie nas odstraszyły. I dobrze, bo nie darowałbym sobie, gdyby nie udało się trafić do Karakteru. Śmiało mogę powiedzieć – restauracji z takim stosunkiem jakości do ceny we Wrocławiu nie uświadczymy.

BeerWeek Festival 2017

Nie ma to jak trafić do Krakowa w weekend, kiedy odbywa się właśnie największy w mieście piwny festiwal. Żona nie dała się długo namawiać, więc w sobotnie popołudnie dotarliśmy na dwie godziny na stadion Cracovii, gdzie miało miejsce piwne święto. Jeśli chodzi o rozmach, to zupełnie inna bajka od festiwalu na wrocławskim stadionie. Przede wszystkim BeerWeek to festiwal bardziej kameralny, z mniejszą ilością stoisk, co nie znaczy, że gorszy. Po prostu inny, ale ta odmienność bardzo mi przypasowała. Udało się spróbować kilku ciekawych piw, z których chyba  największe wrażenie zrobił lekki milk stout z Browaru Kazimierz. Kara Mustafy to ledwie 3% alkoholu i przyjemnie kawowy aromat. Poza tym odwiedziłem oczywiście stoisko „naszych”, a więc Warsztatu Piwowarskiego, Browaru Stu Mostów czy Widawy, a na koniec orzeźwiłem się cytrusowym kwasem Dwucytrynian Pracownianu z Pracowni Piwa. Z tym ostatnim lokalnym browarem to w ogóle ciekawa sprawa, bo gdziekolwiek byśmy nie usiedli w Krakowie, na kranach pojawiały się ich piwa. Fajny to kierunek, kiedy restauracje stawiają na miejscowe wywary, co we Wrocławiu można zauważyć choćby na przykładzie piw ze wspomnianego Browaru Stu Mostów czy Profesji.

Jeszcze słówko o jedzeniu. Na sporym trawniku tuż przy stadionie rozstawionych było około dziesięciu różnych aut, w tym nasze PANCZO. Niestety, konieczność oczekiwania po 40-50 minut na jedzenie skutecznie nas odstraszała. Udało się zjeść pizzę z Pizza truck i z przykrością stwierdzam, że ekipa z Łodzi zanotowała drastyczny spadek jakości w porównaniu do wrocławskiego zlotu sprzed dwóch lat. Niekoniecznie szybko znaczy dobrze.

ZAPIEKANKI

Niedługo po naszym weekendzie w Krakowie powstał ten tekst na StreetFood Polska. Cieszę się, że ktoś także podziela moje zdanie. Rozumiem, że zapiekanki są symbolem Kazimierza, że każdemu turyście w meleksie wciska się je do ręki, mówiąc, że tak oto wygląda najcudowniejszy wytwór krakowskiej szkoły gastronomicznej, ale bez jaj. W popularnym Okrąglaku mieści się kilka okienek z tym wątpliwym specjałem, do każdego solidarnie ustawia się niemała kolejka. Stanąłem w tej do Zapiekanek Królewskich, zamówiłem wersję klasyczną z pieczarkami i serem oraz cebulką prażoną. Koszt – 6 zł, czas oczekiwania około pięciu minut, smak – nie do opisania. Sucha, spieczona buła, papka pieczarkowa i ser, co to nie zna znaczenia słowa ser. Tak, wiem, wiem, to tylko fastfood, ale na boga – zapiekankę też da się zrobić ze smakiem.

ANDRUS FOOD TRUCK

Andrus to jeden z food trucków stojących na stałe na Skwerze Judah przy ul. Św. Wawrzyńca. Nie mieliśmy w planie odwiedzenia popularnego auta, którego specjałem jest maczanka krakowska, ale napatoczył się akurat w drodze do multitapu Craftownia. Skoro się napatoczył, głupio byłoby nie skorzystać z okazji. Sama maczanka to zamknięta w bułce długo pieczona, marynowana wcześniej dwa dni, wieprzowa karkówka. Można powiedzieć, że to jedna rodzina ze streetfoodowym hitem ostatnich lat – pulled pork. Atrakcyjna jest cena (13 zł), porcja wygląda na ogromną, a samo mięso niezwykle soczyste, mokre właściwie, z wyraźnie piklową kontrą i jednym problemem. Ciężko zjeść całość bez ubabrania się od stóp do głów. Ogólnie jednak na plus.

HAMSA

Tuż przed wyjazdem rozważaliśmy dwa miejsca na obiad – Krako Slow Grill&Pavel Portoyan, gdzie musielibyśmy dojechać lub odwiedzić izraelską restaurację HAMSA, znajdującą się zaraz obok miejsca, na którym zaparkowaliśmy przy ulicy Szerokiej. Ostatecznie trochę podmęczeni zdecydowaliśmy się na tą drugą i koniec końców specjalnie nie mogliśmy żałować. Mocno zakręcona jest obsługa, dla której zewnętrzny ogródek wydaje się być nieprzyjemną koniecznością. Zdecydowanie potrafią w hummus. Tak wspaniale kremowej i aromatycznej wersji nie jadłem od czasu ostatniej wizyty we wrocławskim w kontakcie. Jakością nie odbiegają także odpowiednio mokre falafele, a najsłabiej wypada kebab wołowy z chlebkiem jaffa. Samo mięso zostało przyzwoicie obficie doprawione ziołami, ale spędziło chyba trochę za dużo czasu na grillu, przez co momentami stawiało opór pod nożem.

NOVOTEL

W Novotelu City West wykupione mieliśmy śniadania, głównie ze względu na wygodę i możliwość spokojnego zjedzenia jajecznicy czy naleśników z rana. Opcja poranna, to typowo hotelowy stół czy też bar szwedzki plus smażący na bieżąco naleśniki lub omlety kucharz. Jakość produktów stojąca w pewnej opozycji do tego, czego doświadczyliśmy wcześniej choćby w Karakterze, ale zgodziliśmy się na to sami, więc nie było co narzekać. Jak to w hotelach, największą radochę miał Kazek, który swobodnie przechodził od czekoladowych kulek z mlekiem, poprzez pancake z czekoladą, aż po naleśniki z dżemem. Termin bliski Dnia Dziecka zobowiązywał.

INNE

Punktem wypadkowym naszych wędrówek po Krakowie był Plac Wolnica, gdzie znalezienie miejsca postojowego z samego rana nie powinno być problemem. To właśnie tam ustawia się najdłuższa kolejka w mieście, po lody naturalne w Good Lood. Naturalnie nie powariowaliśmy, żeby tracić pół dnia na stanie w trzydziestostopniowym upale za dwoma gałkami, więc wybraliśmy opcję szybszą, tuż obok, na ulicy Józefa. Na Placu Wolnica mieści się też firmowy multitap bieszczadzkiego browaru rzemieślniczego Ursa Maior. Coś Wam podpowiem – nie pijcie ich mocno chmielonych piw, bo ssą.

 

Total 4 Votes
1

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Komentarze

komentarze

Podobne artykuły

6 KOMENTARZE

  1. Karakter uwielbia mój mąż właśnie za podroby ja w Krakowie uwielbiam chodzić do restauracji Piwnica pod Złotą pipą – genialne staropolskie jedzenie i fajny klimat. 🙂 Więc zawsze przy okazji pobytu w Krk musimy jakoś się dogadywać z mężem 🙂

  2. Super, uzupełniałm listę miejscówek na przyszły week w Krakowie, Klara, wpisałam też tę restaurację piwnica pod złotą pipą, bo ta nazwa niesamowicie mnie intryguje! 🙂 Mam nadzieję, zę się nie zawioę

  3. Trzeba odwiedzić w Krakowie obowiązkowo lokal na Filipa 18 ! Pysznie!!! Dobre jedzonko, na prawdę każdy znajdzie coś dla siebie ;). Desery 5/5! MNIAAAAMMM

  4. Polecam spróbować jedzenia w restauracji pod złota Pipą, świetny lokal i pyszne jedzenie. Ogólnie uwielbiam Kraków za tę różnorodność potraw i za ten klimat jaki ma to miasto

  5. piwnica pod złotą pipą to super restauracja, byłam tam już kilka razy 🙂 ale muszę przy następnej okazji wpaść na zapieksy. 😀

  6. bardzo fajna japonska knajpka Sakana – byliśmy na warsztatach z robienia sushi zorganizowanych przez naszą firmę. super integracja i dobra zabawa

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Polub nas na

103,169FaniLubię
42,400ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
100ObserwującyObserwuj
1,420SubskrybującySubskrybuj
Agencja Wrocławska

Ostatnie artykuły