Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa – spojrzenie na trzeźwo


Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa to impreza, którą rokrocznie zapisuję w kalendarzu już na kilka miesięcy przed jej rozpoczęciem, przynajmniej od czasu, kiedy to festiwal przeniósł się z kameralnych, choć niezwykle klimatycznych terenów w Leśnicy na Stadion Miejski. Rozmach, ilość gości, liczba wystawców, to wszystko sprawia, że to jedna z największych wrocławskich imprez około gastronomicznych oraz, myśląc o skali, największy festiwal piwa w Polsce. A tych namnożyło się w ostatnim czasie naprawdę sporo, na tyle, że nawet najwięksi beer geekowie nie ogarniają ich wszystkich.

Do WFDP mam swego rodzaju słabość, bo to podczas jednej z edycji właśnie tutaj pierwszy raz spróbowałem piwa rzemieślniczego, doznałem lekkiego szoku smakowego, czy jakby to niektórzy powiedzieli – przeszedłem na dobrą stronę mocy. I coś w tym jest, bo – przynajmniej w moim wypadku – pierwsza styczność z piwem kraftowym, zakończyła jednocześnie etap picia piw koncernowych. Samoistnie, bez nacisków, po prostu. Tutaj warto przytoczyć analogię do gastronomii, która mimo wszystko jest mi bliższa. Jako trochę nieświadomy student zachwycałem się jedzeniem z miejsc, które obecnie omijam szerokim łukiem, aby w miarę czasu, poznawania nowych smaków, stawać się coraz bardziej świadomym konsumentem i osobą, która zwraca uwagę na to co je, na to skąd pochodzą poszczególne produkty, a na koniec na to, kto je przygotowuje. I podobnie rzecz ma się z piwem – z jednej strony mamy wypuszczane przez koncerny na rynek tak samo smakujące eurolagery, z drugiej – mocno rozwijający się, wywodzący z piwowarstwa domowego, kraft, czy jak kto woli rzemiosło. Produkcja piwa na niewielką, w stosunku do ogromu rynku, skalę, przy użyciu najbardziej wartościowych składników, którą charakteryzuje różnorodność i innowacyjność. Dość powiedzieć, że w 2015 roku na polskim rynku pojawiło się ponad 1000 piwnych premier, powstało kilkanaście browarów. Oczywiście, żeby być sprawiedliwym, za ilością nie zawsze idzie jakość, pośród tego tysiąca zdarzały się zarówno piwa fatalne, jak i genialne, ale to już oczywista oczywistość. Ok, trochę się zapędziłem, a nie o tym dzisiaj, to już opowieść na inny tekst.

Dotychczas wrocławski festiwal odbywał się w maju, ale ze względu na okoliczności, między innymi pechowy zeszłoroczny termin, który zbiegł się w czasie z długim weekendem, organizatorzy przenieśli imprezę na drugi weekend czerwca. Zarówno ze względu na pewniejszą pogodę, jak i fakt, że wykorzystywany na co dzień przez piłkarzy Śląska Wrocław stadion w tym okresie stoi pusty.

Na siódmą edycję WFDP, trwającą od piątku do niedzieli, zarezerwowałem sobie całą sobotę. Wraz ze znajomymi, m.in. kumplem od czasów piaskownicy, który przyjechał specjalnie z Niemiec, zaplanowaliśmy sobie spędzenie na terenie stadionu wspólnie całego dnia w towarzystwie dobrego piwa oczywiście. O tym, jakich piw próbowaliśmy, co jedliśmy, piszę na końcu, najpierw jednak kilka uwag ogólnych na temat samego festiwalu, wokół którego zrobiło się dość dużo zamieszania tuż po jego zakończeniu.

Wszystko zaczęło się od wpisu na Facebooku Bartka Napieraja z Ale Browaru, który opisał własne odczucia po imprezie, niedociągnięcia i zaproponował inne rozwiązania organizacyjne. Pod postem rozgorzała ostra dyskusja światka piwnego w Polsce, udzielali się blogerzy, piwowarzy i organizator festiwalu. Z wieloma argumentami Bartka się zgadzam, na inne mam własne spojrzenie, dlatego krótko, na spokojnie i na trzeźwo postanowiłem spisać spisać swoje uwagi i pochwały względem WFDP. Tak trochę z tylnego siedzenia, bez emocjonalnego podejścia ludzi z klimatu kraftowego, a bardziej jako zwykły gość festiwalu i osoba, której zależy na rozwoju gastronomii.

No więc właśnie, koszula bliska ciału, więc wypowiem się najpierw na temat gastronomii. Niech za wstęp posłuży grafika.

IMG_7739

Owszem, było jeszcze Panczo, był Pasibus czy food trucki z Warszawy. W ogóle food trucki pasują mi do klimatu kraftowego najbardziej. Odnoszę wrażenie, że i jedni i drudzy to rzemieślnicy w swoim fachu, zazwyczaj sami działają w autach, gotują, smażą czy pieką, a do tego obsługują klientów. Coś jak właściciele browarów. No i nijak do całej imprezy nie pasuje mi tu stoisko, ba – trzy czy cztery stoiska z pajdą ze smalcem, kiełbasą i tym podobnymi szaszłykami. To było fajne, ale jakieś 15 lat temu, na festynach, gdzie przygrywały zespoły disco polo, a z kranów lało się EB. Tu jest ewidentny zgrzyt, o KFC wspominać chyba nie muszę, bo to właściwie policzek, podobnie jak kebab z przyczepy. Żeby była jasność – zdarza mi się zjeść kebaba, a i kiełbasę z grilla czasami w siebie wrzucę, tylko muszą się na to złożyć odpowiednie okoliczności. W tym konkretnym wypadku w żaden sposób nie chce mi się zgrać najtańsza, usmażona wcześniej i ostatecznie na koniec podgrzewana na ogniu kiełbasa z piwem, w którego przygotowanie ktoś włożył mnóstwo roboty, używając jednocześnie produktów odbiegających od tych standardowych. 

Druga sprawa – rozmieszczenie aut oraz stoisk gastronomicznych. Zdecydowanie jestem za tym, aby punkty gastronomiczne znajdowały się w jednym, osobnym miejscu, te z piwami w innym. I nie chodzi mi o problem z sensoryką, co niektórzy próbowali wyciągać na wierzch, bo to argument nietrafiony. Zwyczajnie chodzi o logistykę. Pasibus i Panczo, przy których ustawiały się najdłuższe kolejki, zostały umiejscowione właściwie na samym środku planu wystawców, przy głównym ciągu komunikacyjnym, co sprawiło, że stojąc w kolejce blokowaliśmy całe przejście, tworząc wąskie gardło. Mało tego, ustawione na środku food trucki zabierają miejsce browarom, które są w tym dniu najważniejsze. 

Natomiast jeśli chodzi o jakość poszczególnych stoisk i food trucków, to trochę we mnie buzuje. Bo na całym festiwalu jadłem jedynie w Panczo, bo to pewniak. Do tego może jeszcze Pasibus i tyle. I nie chodzi o to, że boję się czegoś, bo wiecie, że tak nie jest i czasami testuję najdziwniej wyglądające miejscówki, ale bez jaj – stoisko Tarczyńskiego, wysuszone na wiór szaszłyki czy KFC, ehh. Aha, nie mówicie mi, że jedzenie na festiwalu piwa nie jest ważne, bo to wierutna bzdura. Kto o zdrowych zmysłach idzie na cały dzień, z myślą picia piwa i nie bierze pod uwagę, że trzeba coś zjeść, aby organizm dał sobie radę? Dla mnie to podstawa. 

Często przewijającym się tematem wśród negatywnych opinii był termin festiwalu. Ale to już dla mnie akurat prawdziwie polskie narzekanie. Weekend majowy źle, bo wszyscy wyjeżdżają, połowa czerwca zła, bo ełro (raz na cztery lata), bo upał, bo FLOW (raz w historii), bo nie wiadomo co. No cholera, to już akurat trzeba wejść w rolę organizatora i zrozumieć, że rezerwacja stadionu na cały weekend to nie jest zaklepanie sobie stolika w restauracji na zadupiu. Coś za coś, mecz Polaków był dopiero w niedzielę, a po frekwencji w sobotę, pomimo innych gier we Francji, ale i wspomnianego widowiska FLOW, na którym zjawiło się 50 tysięcy osób, widać, że jednak spore grono gości przedłożyło chęć spróbowania dobrego piwa nad inne rozrywki, choć faktycznie w tak wielkim mieście powinno znaleźć się kilku fanów piwa więcej.

Od kwestii terminu łatwo jednak przejść do promocji imprezy, a ta, co tu dużo pisać, była fatalna. Ktoś powie – w autobusach i na słupach w mieście pojawiły się plakaty. Owszem, ja, jako osoba zainteresowana tematem zwróciłem na nie uwagę, ale nie było ich tak znowu wiele, aby mogły zachęcić tysiące wrocławian do wizyty na stadionie. No bo pomyślmy uczciwie – na ile imprez w roku wybieracie się, wyczytując info o nich w autobusie? Na jedną, dwie, a może żadną? Ja wybieram odpowiedź numer trzy. Odnoszę dziwne wrażenie, że tradycyjna promocja w radio, gazetach czy na plakatach już dawno przeniosła się do internetu. To w sieci funkcjonuje największa grupa docelowa tego typu imprez, to tutaj tętni życie, ludzie czytają blogi, serwisy informacyjne, scrollują Facebooka. Rozumiem także promocję przez blog Tomka Kopyry, największego piwnego blogera, pewnie. Ale czy chcąc zachęcić do wizyty na stadionie zwykłego Janusza, niezainteresowanego piwem rzemieślniczym, nie lepiej zareklamować się na innych blogach, a nie jedynie sprofilowanych na piwo? Na blogach, w serwisach, na Facebooku. Był tekst w internetowym wydaniu Gazety, za co brawa, ale kompletnie zaniedbano Facebooka. Bo jak inaczej nazwać pojawianie się nowych wpisów na fanpage’u raz na kilka dni? Pomysłami mogę sypać z rękawa – codziennie promocja innego browaru, opis ciekawych premier, historia poprzednich festiwali, i tak dalej, i tak dalej. Jeśli nie żyje FB festiwalu, jeśli nie żyje strona, jeśli nie żyje promocja w internecie, nie spodziewajmy się tłumów.

No i rzecz dla mnie właściwie najważniejsza, choć mocno sporna, na temat której sam mam nieco mieszane myśli – obecność piw koncernowych. Oczywiście, nie ma Tyskiego, nie ma Żywca, ale jest Fortuna, Racibórz i jakieś inne wynalazki. Osobiście nie spoglądam na te stoiska, ale tutaj należy sobie zadać pytanie – czy WFDP to festiwal dla miłośników piwa rzemieślniczego, czy festyno-festiwal dla wszystkich Januszów, Andrzejów i Halinek z dziećmi? Mimo wszystko obstaję przy tej drugiej wersji, bo jednak każdy z nas, również ja, był po tej drugiej stronie. Oczywiście, jeśli ktoś ma do wyboru 0,5 l lagera za 6 zł i 0,2 l  leżakowanego w beczce RIS-a za 20 zł, wybór wydaje się być oczywisty. Ale może jakimś rozwiązaniem jest zmniejszenie liczby tych „normalnych” browarów, obstawienie ich w nieco mniej wyeksponowanych miejscach? Wtedy istnieje większa szansa na to, że ten przysłowiowy Janusz skusi się w końcu na AJPĘ z Artezana, Ale Browaru czy Doctora Brew, a potem zachce mu się szukać dalej.

W tym momencie pojawia się także kwestia pewnego wywyższania się osób pijących piwo rzemieślnicze, z którym spotykam się także sam. „Tak, tak, bo ty jesteś super, pijesz tylko mocno nachmielone IPY i RIS-y z beczek, taki jesteś zajebisty”. Coś w tym stylu. Faktycznie, czasami odnoszę wrażenie, że ludzie pijący kraftowe piwa noszą głowy wyżej, ale zaraz przychodzi mi na myśl kolejne przemyślenie. Czy ludzie świadomie spożywający dobrej jakości produkty, stawiający na jedzenie w dobrych restauracjach, odpuszczający sobie wizyty w KFC i McD są z tego powodu szykanowani? No cholera, nie. W myśl tej zasady nie zabraniajmy komuś pić piw po 20 zł, nie zabraniajmy też lagerów za szóstaka, podobnie jak nie zabraniamy wizyt w fastfoodowych sieciówkach. Każdy ma swój rozum, każdy wybiera co dla niego dobre, ale na specjalistycznych festiwalach możemy próbować jednak nieco zagrać pod rzemieślników, wywalając duże browary na bok.

Pod wpisem Bartka pojawiła się także sugestia, że Ale Browar nie cieszył się tym razem takim powodzeniem, dlatego, że nie przywiózł żadnej premiery. Ten argument zbijam, bo jak już wyżej pisałem – jestem za tym, aby ten festiwal nie był skierowany jedynie do beer geeków. Niech przyjdzie jeden Seba z drugim Zenonem, im nazwa Ale Browar czy Pracownia Piwa nic nie mówi, tym bardziej to, czy ktoś z nich wypuścił specjalnie na festiwal nowe piwo. Jeśli oni mają się przekonać do rzemiosła, to spokojnie wystarczy im standardowa oferta browarów, a kiedy spojrzę na siebie i listę piw, które wypiłem w trakcie festiwalu, to te nowe stanowiły jakąś połowę. Reszta to dobrze mi znane smaki, bo testować to mogę sobie w domu, na spokojnie, a tutaj przychodzę się wyluzować, napić, pogadać z ludźmi i wybieram znane smaki. Kilku spotkanym w kolejce znajomym także polecałem zawsze „pewniaki”.

No i na koniec – dla mnie największym problemem, poza żenującą ofertą gastronomiczną, był fakt, że nie byłem w stanie wypić nawet 10% piw i to nawet pomimo zamawiania objętości 0,2 l. Ale to tak żartobliwie. Natomiast, koniec końców, bardzo lubię ten festiwal, lubię tam spędzać czas, bo i lubię piwo oraz atmosferę. Chciałbym jedynie chwalić WFDP, bo mam do niego słabość, ale uważam, że lepsze jest jednak wyartykułowanie swoich zastrzeżeń, aby za rok było lepiej, a wierzę, że jednak właśnie tak będzie. 

Wyżaliłem się, więc czas na krótki przegląd piw, które piliśmy, choć i tak nie udało się spisać wszystkich.

IMG_7546 IMG_7547

Festiwal rozpoczęliśmy od stoiska Browaru Artezan. Zakupiliśmy szkło festiwalowe (25 zł) z cechą 0,2 l oraz 0,3 l, po czym nie pozostało nam już nic innego, jak tylko próbować. Na pierwszy ogień poszedł Kazimierz, wypity na cześć mojego syna… Kazimierza. Kazimierz, a więc żytni porter leżakowany w beczkach po bourbonie, nie tylko ze względu na sentyment do nazwy, stanowił doskonały wstęp. Piwo gładkie, z wychodzącą w aromacie palonością i wanilią oraz oczywiście zaznaczoną beczką. Kumpel zdecydował się na piwo lżejsze. Cymbopogon zgodnie z oczekiwaniami idealnie orzeźwia, a dla jego cytrusowego aromatu przeszkodą nie są żadne grille.

IMG_7561 IMG_7569

Kolejne dwa piwa to dwa sztosy. Balios z Browaru Roch był mi już znany, opisałem go tutaj, ale polubiłem je na tyle, że próbuję przy każdej możliwej okazji. Natomiast całkowitą nowinką było piwo festiwalowe od Browaru Profesja o wdzięcznej i niezwykle trafionej nazwie Piwowar. Jest to hefeweizen z mango, choć na pierwszy plan wychodzi banan, stwarzając wrażenie picia jakiejś owocowej oranżady. Ale takiej z pszenicznym charakterem i lekkiej. Świetne piwo, jedno z lepszych tego dnia. Natomiast muszę odnotować, że po tak dobrych wspomnieniach z festiwalu, wypiłem Piwowara także z butelki i to już zupełnie inne piwo – mniej mętne, z mniejszym aromatem i jakby upośledzone smakowo.

IMG_7572 IMG_7573 IMG_7616

Po drodze, po pierwszych piwnych testach, udaliśmy się na premierowy posiłek, co by nasze żołądki nie zwariowały od ilości płynów. Pierwsze podejście do PANCZO okazało się rekordowe pod względem szybkości obsługi. Pięć minut i w nasze ręce trafiły burrito i tacos w dwóch wersjach. Poziom jak zwykle odpowiedni, gorzej, że z czasem oczekiwanie wydłużało się z pięciu minut do ponad trzydziestu, a czekanie w przejściu wiązało się z ocieraniem się o setki przechodzących dalej osób. Mało to komfortowe. Aha, jeszcze jedna rada – o ile uwielbiam ostrości, także te ekstremalne, tak odradzam Wam parowanie papryczek habanero z piwem.

IMG_7612

Stojąc tak przy food trucku PANCZO, ciężko było odpuścić sobie piwa w ustawionym po sąsiedzku śląskim Browarze Hajer. Uwarzony w kooperacji z Browarem Reden Ajntopf to wodnista APA z przyjemnym cytrusowym aromatem, ale kompletnie bezbarwna w smaku. Sprawę uratowała Zista – White IPA z kolendrą i skórką pomarańczy. Cytrynowe w aromacie, orzeźwiające i z nie najwyższą, ale całkiem przyjemną grejpfrutową goryczką.

Jak widzicie na zdjęciach, poza szkłem festiwalowym, poruszaliśmy się po esplanadzie wrocławskiego stadionu także ze szklanką z Browaru Zakładowego. Stwierdziłem, że mam tak dużą sympatię do tegoż browaru za samo nazewnictwo piw, że i szklanka by się przydała. Ich IPA Dom Wczasowy to piwo z przede wszystkim mocną goryczką, ziołową i wyrazistą, ale odpowiednio złagodzoną przez pszenicę. Do powtórzenia, zdecydowanie.

Spożywanie kolejnych trunków nastąpiło po ponownej wizycie w coraz bardziej zatłoczonej sekcji food truckowej. Zresztą, nie tylko w środkowej części stoisk zauważalny był zwiększony ruch. Z każdą minutą po 16 wydawało się, że teren stadionu wypełnia się coraz szczelniej. 

Kolejna sesja piwna obejmowała kilkanaście piw, a ratunkiem dla naszych głów były nie tylko chroniące od słońca czapki, ale i możliwość zamawiania trunków o pojemności 0,2 l. SchizoFrenia z nowego Browaru Santi Lucas to American Wheat bez użycia amerykańskich chmieli. Zgodnie z obawami, nie zapadło mi specjalnie w pamięć. Podobnie rzecz miała się z piwem Słoneczne z Browaru Twigg, po którym spodziewałem się solidnego nachmielenia, ale nic takiego nie odnotowałem. Sam nie wiem dlaczego skusiłem się także na Wild Safari z Kraftwerku. New Wave German Ale rozczarowało niską goryczką oraz dominującą w smaku słodowością.

IMG_7574 IMG_7577 IMG_7620

Przez cały festiwal najczęściej przystawaliśmy przy dwóch browarach, znajdujących się w strefie wrocławskiej. W Browarze Widawa skosztowaliśmy premierowego, niezwykle tropikalnego w aromacie oraz słodkiego w smaku, Tropical Storm IPA. Zaraz po festiwalu zakupiłem także butelkę, bo to kolejne dobre piwo z Chrząstawy. Shark z kranu, jedno z moich ulubionych polskich piw, rozczarował. W butelce znalazłem o wiele więcej aromatów niż na stadionie. Jeszcze jedna premiera – Spirit of Sonoma, czyli AIPA leżakowana w beczkach po białym winie. Takie pomysły biorę w ciemno, a skonfrontowanie sporej chmielowości z białym winem wypada przynajmniej korzystnie. 

Tuż obok swój namiot rozmieścił Browar Nepomucen, jeden z ulubionych na polskm rynku. Ich kooperacyjny Grodzisz Lazy Barry, uwarzony do spółki z Ale Browarem był dla mnie hitem. Z wyraźną wędzonką, ale i odpowiednio zaznaczoną chmielowością. Orzeźwiające, rześkie i cholernie pijalne, choć chcielibyście zobaczyć wyraz twarzy znajomego, który pierwszy raz zetknął się z wędzonką w piwie. APA Labirytm to klasa sama w sobie, zwłaszcza na takie imprezy. 

IMG_7600 IMG_7601

W końcu trafiliśmy także do Ale Browaru, przy którym zebrał się niemały tłumek w momencie, kiedy środkowa część esplanady zwyczajnie przestała mieścić wszystkich gości. Imperial Smoky Joe to bardzo ciekawie zbalansowane, niejednowymiarowe piwo, z asfaltem w aromacie (tak, asfaltem), ale nie tylko, bo z każdym momentem wychodzi coś jeszcze – czekolada, kawa i jednak trochę alkoholu. W smaku alkohol został przykryty, a torf, za którym nie przepadam, okazał się jedynie uzupełnieniem, zresztą bardzo udanym. Poza tym do szkła trafiły klasyki – Rowing Jack i Crazy Mike.

IMG_7595 IMG_7596 IMG_7597

W międzyczasie skosztowaliśmy kolejnych kilka piw, ale wybaczcie, moje notatki kończą się w tym miejscu. Taka specyfika festiwalu, zwłaszcza, że słońce specjalnie nie pomagało. Na koniec na pewno przystanęliśmy przy klimatycznym Mercedesie z Browaru Spółdzielczego, w którym skusiłem się, jakby mało było tego dnia alkoholu, na Ósemkowe, a więc podwójne IPA o zawartości alkoholu 8.5%. 

IMG_7625

Podsumowując – pomimo wielu niedociągnięć, widocznych błędów organizacyjnych, po prostu lubię ten festiwal, bo też, jak już wspomniałem wyżej, dał mi możliwość spróbowania pierwszych piw kraftowych, a przede wszystkim fajnego spędzenia czasu. Bo nie traktuję wyjścia na festiwal jedynie w kategoriach możliwości spróbowania jak największej liczby premier piwnych. Idę na stadion ze znajomymi i rodziną, piję, dobrze się bawię, przypadkowo spotykam dawno niewidzianych znajomych. Po prostu, korzystam z wolnego czasu i wydaję sporo kasy, bo z tym się to wiąże, ale kompletnie o tym nie myślę. Bo nie o kasę tu chodzi, a o dobrą zabawę w towarzystwie dobrego piwa. Z wyraźnym zaznaczeniem – DOBREGO, jak sama nazwa festiwalu wskazuje. Dlatego proszę, jeśli już mają być, niech i będą browary koncernowe, ale na uboczu, z dala od centrum wydarzeń, z możliwością wystawienia jedynie pojedynczych stoisk. Nie pozwólmy zepsuć charakteru tej imprezy. My goście, ale i organizatorzy, właściciele browarów i gastronomii. Byłoby szkoda, bo WFDP to w dalszym ciągu impreza, o kolejnej edycji której zaczynam myśleć już następnego dnia po powrocie ze stadionu.

Total 8 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments