Co się stało z food truckami?


Pierwsze mgnienie – październik 2013 i debiut food trucka o dość znanej obecnie we Wrocławiu i Polsce nazwie Pasibus. Marzec 2014 – startuje ogromne auto z piecem opalanym drewnem Happy Little Truck, chwilę później pod kościołem Marii Magdaleny rozstawiają się Bratwursty. Te trzy auta, a właściwie ich właścicieli śmiało można nazwać pionierami wrocławskiego streetfoodu w nowym wydaniu. Wydaniu pozwalającym zapomnieć o ulicznym jedzeniu rodem z ulicznych budek przy Dworcu Głównym. Niedługo potem dołączają do nich kolejni – osiem misek, a po kolejnych kilku miesiącach Panczo. W sierpniu 2014 tuż przy Placu Społecznym odbywa się pierwszy wrocławski zlot food trucków, na którym pojawia się tylko kilku miejscowych przedstawicieli oraz kolejni z całej Polski. Do każdego z aut ustawiają się kolejki sięgające kilkudziesięciu osób, długość oczekiwania wynosi nawet 1,5 h, ale o dziwo ludzie chcą czekać. Podobnie jest podczas pierwszego festiwalu organizowanego w Browarze Mieszczańskim w październiku 2014. Wrocławscy Ulicożercy ściągają chyba jeszcze większe tłumy, ale ciekawi ulicznej nowinki wrocławianie wyczekują w kolejkach kolejne dziesiątki minut, patentują nowe sposoby walki z ciągnącymi się do gastrowozów sznurami ludzi, zamawiając od razu w kilku naraz.

Październik 2014 – Browar Mieszczański

Tu i ówdzie słychać wiele narzekań na ustawiające się w nieskończoność kolejki, ale pośród wszystkich głosów przeważa jednak zachwyt. Food trucki wniosły do ruszającej z kopyta gastronomii odświeżający element, niektóre z nich postrzegane były jako objawienie, a Wrocław w pewnym momencie wręcz się nimi zafascynował, i ta fascynacja po części trwa do tej pory. Jako uważny obserwator sceny ulicznego jedzenia odnoszę jednak wrażenie, że po początkowej hossie, przyszedł moment stagnacji. Nie jest on oczywiście związany z ilością food trucków, bo ta nieustannie rośnie, a przynajmniej nie bezpośrednio. Otóż stare wygi trzymają poziom, niektórzy się mocno rozwinęli, a do tego otworzyli swoje lokale stacjonarne. Taką drogą podążył Pasibus, osiem misek, Happy Little Truck, Panczo i Bratwursty. Gorzej, że kolejni nie tyle nie idą w ślady prekursorów, co zwyczajnie psują opinię całej foodtruckowej rodzinie. Naturalnie nie chcę generalizować i mówić o wszystkich, ale od przynajmniej kilku miesięcy zauważam brak rozwoju, a faktycznie ciekawe pozycje policzyć mogę na palcach jednej ręki.

BRAK POMYSŁU

Innowacyjność – to słowo jakby nie istniało w słownikach osób rozpoczynających przygodę z food truckami w ostatnim czasie. Coś jakby po głowie osób startujących z food truckami chodziła myśl – skoro jedni sprzedają burgery i mają klientów, to nie kombinujmy i zróbmy to samo, w końcu burgery zawsze się sprzedadzą. Burgery są oczywiście symbolem, bo ilość aut serwujących bułkę z kotletem zdecydowanie bije na głowę wszystko inne, co zresztą można zaobserwować podczas zlotów. Impreza bez burgerów zwyczajnie nie istnieje. Burgery, pulled pork, gofry, tex mex bez charakteru, przecież to potrafi każdy – takie myślenie pokutuje. I nie, nie mówię, żeby wzbraniać się przed otwieraniem kolejnych gastrowozów z kanapkami, bao czy tajskimi daniami, ale niech one stanowią reklamę dla całej branży, a nie ją ośmieszają. Pierwsze pomysły z brzegu – podroby, kuchnia wietnamska, dobra hinduska, hiszpańska, koreańska, fajnie zrobione hot-dogi. 

JAKOŚĆ

Nie obraziłbym się, gdyby ktoś nawet zrobił kolejną kanapkę z pulled pork, ale niech to będzie coś twórczego, a przede wszystkim odpowiedniej jakości. Pulled pork, sos BBQ, pikle, cheddar – to taki zestaw, który mogę przewidywać z zamkniętymi oczami, widząc w karcie szarpaną wieprzowinę czy burgera. Brak mi tutaj chęci zaprezentowania własnych umiejętności, choć tutaj właśnie dochodzimy chyba do sedna sprawy. Spora część osób działających w foodtruckowym interesie nie posiada wystarczających umiejętności, pozwalających na przygotowywanie jedzenia na odpowiednim poziomie, o eksperymentowaniu nie mówiąc. 

NASYCENIE RYNKU

O popularności zlotów z samego ich początku można już na dobre zapomnieć. Obecnie wszelkiej maści festiwale, odbywające się niekiedy co tydzień, nie są w stanie przyciągnąć ludzi, mogących zjeść to samo przez cały tydzień w miejscu gdzie auto stacjonuje na stałe. Trzy lata temu właściwie każde auto budziło ciekawość, w tym momencie potrzebny jest otwarty umysł, aby potencjalnego gościa zaskoczyć. Taki jest rynek, takie są oczekiwania klientów. Dlaczego osiem misek zrobiło furorę w tak szybkim tempie? Bo miski zaproponowały coś absolutnie nowego, dopracowanego i w przystępnej cenie, a żniwa zbierają do tej pory. 

BRAK WYOBRAŹNI

Otwarcie food trucka poczytywane jest jako łatwy biznes i sposób na szybką kasę. Nic bardziej mylnego, choć oczywiście można na nim zarobić, spełniając jednak kilka wspomnianych wcześniej warunków, dokładając odrobinę szczęścia. Problemem jest także fakt, że otwieranie food trucka niesie za sobą mniejsze ryzyko, aniżeli otwarcie restauracji. Za stosunkowo niewiele zarobionych na wakacjach w Norwegii ojro koronach można kupić i zorganizować auto. Restauracja to jednak poważniejsza inwestycja, a co za tym idzie często lepsze rozplanowanie biznesu. Patrząc na food trucki wydaje mi się momentami, że pokutuje myślenie – mamy pomysł, robimy partyzantkę, jak się uda, to się uda, a jak nie, to najwyżej wrócimy do korpo czy Norwegii. Niestety, to nie zabawa kiedy zaczynasz karmić ludzi. Jeśli się za coś zabierasz, włóż w to 150% energii. I na koniec jeszcze jedna ważna uwaga – naucz się liczyć. Jeśli kolega z auta obok sprzedaje kanapkę za 17 zł, to nie sprzedawaj swojej za 16, byle tylko było taniej. Policz, po prostu policz food cost, żeby na końcu zostało coś dla ciebie, bo koniec końców to nie działalność charytatywna.

MIASTO

Wrocław przez lata starał się nie zauważać, że food trucki stały się dla wrocławian ważną częścią życia, wpisującym się w studencki klimat miasta trendem. W dalszym ciągu brak regulacji prawnych dotyczących funkcjonowania food trucków w przestrzeni miejskiej. W ostatnich miesiącach magistrat wykonał pierwszy krok, aby sytuacja uległa zmianie i wyznaczył dziewięć punktów na terenach miejskich, gdzie auta mogłyby stanąć. Problem w tym, że lokalizacje mało atrakcyjne, a zasady, do których musieliby dostosować się foodtruckowe ekipy, zwyczajnie nieludzkie. Bo jak inaczej nazwać konieczność podciągnięcia własnego prądu, dostosowania wyglądu auta do przestrzeni miejskiej czy obowiązek zabierania go na noc gdzie indziej. To jest problem, choć jak pokazuje życie, co bardziej zaradni dają radę i znajdują ciekawe rozwiązania, szukając w tygodniu miejscówek będących dużymi skupiskami pracowników biurowych.

Wiem, że może to tylko moje narzekania, ale czara goryczy przelała się podczas jednego z ostatnich zlotów. Poszliśmy z założeniem przetestowania nowego food trucka z kluskami śląskimi. Fajny pomysł, pomyślałem, w końcu innowacyjny. Efekt przeszedł jednak wszelkie oczekiwania. To nie była nawet jakość klusek kupowanych w markecie na wagę, o wspomnieniu babcinych nawet nie mówiąc. Na dokładkę sos mięsny i azjatycki (!) bez jakiegokolwiek pozytywnego punktu zaczepienia, dzięki któremu mógłbym zacząć to miejsce bronić. Dramat absolutny. Dlaczego skoro mogłoby tak dobrze, wyszło tak źle? No właśnie. Food trucki to już nie jest tylko zabawa jak wielu sądzi. To poważny biznes, którego trzeba doglądać, ciągle poprawiać i starać się przygotowywać jedzenie lepsze od innych. Wielu już było śmiałków zamykających się po miesiącu czy dwóch od otwarcia, a na pewno będą kolejni. 

Żeby nie było, nie piszę tego złośliwie, żeby uderzyć w food truckowców. Piszę z troską, bo je uwielbiam, lubię większość właścicieli wrocławskich aut, ale widzę, że dzieje się coś niedobrego, przynajmniej na rynku lokalnym, a prawda jest taka, że to właśnie ta część olewająca temat psuje opinię całego środowiska, no bo przecież:

  • teraz w food truckach to tylko burgery
  • ceny większe niż w restauracji, a poziom o wiele niższy
  • czekaliśmy na zamówienie 40 minut

To krótki wycinek z komentarzy na moim blogu odnośnie gastrowozów. Oczywiście to pojedyncze sytuacje, które jednak wpływają na odbiór całości. Napisałem już wyżej – brakuje mi otwartych umysłów, ludzi z wyobraźnią i umiejętnościami, potrafiących przełożyć wiedzę na ciekawą kuchnię uliczną. Potencjał w dalszym ciągu jest ogromny, potrzeba tylko ludzi z pasją. Z całej siły trzymam kciuki za rozwój, bo uwielbiam jeść w food truckach, choć faktycznie w ostatnich miesiącach nie czerpię z tego tyle radości, co wcześniej. Po prostu fajnie byłoby pójść na niedzielny obiad na zlot, gdzie nie będzie sześciu aut z burgerami, dwa z zapiekankami i dwa z frytkami. 

 

Total 50 Votes
11

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments