Gastro tydzień z WPK #6 – Gdynia, dobre tajskie, pastrami


Lecimy dalej z moim cotygodniowym podsumowaniem miejsc, jakie odwiedzam podczas kulinarnych podróży. Mam nadzieję, że te opisy pozwalają po części odpowiedzieć mi na Wasze pytania – gdzie zjeść we Wrocławiu? Zresztą, nie tylko we Wrocławiu, bo pokazuję Wam tutaj miejsca z całej Polski. Tym razem pojawia się Gdynia oraz kilka miejscówek ze stolicy Dolnego Śląska. Ruszamy w smaczną podróż numer sześć.


Gastro tydzień z WPK #1

Gastro tydzień z WPK #2

Gastro tydzień z WPK #3

Gastro tydzień z WPK #4

Gastro tydzień z WPK #5


Rozpoczynamy od gościnnych występów w Gdyni, która jak wiecie, stanowi najczęstszy kierunek moich nadmorskich podbojów ze względu na mieszkającą tam rodzinę. Ostatnio wybrałem się tylko na dwa dni, odwożąc na krótki wypoczynek dzieciaki z żoną, ale udało się wyskoczyć wieczorem na mały obchód po mieście. Mieście pełnym letników, z tłumami na plaży miejskiej zarówno w dzień, jak i wieczorową porą. Korony nie ma, o koronie nikt nie pamięta, każdy wakacjuje w najlepsze. My natomiast zostawiliśmy dzieciaki u dziadków i wybraliśmy się na mały spacer w okolicach bulwaru.

Początek drogi to multitap z największym wyborem piw kraftowych w Gdyni, a więc Morze Piwa. Na kranie zawsze znajdzie się Kriek – ulubiony trunek mojej żony, zwyczajowo coś z Trzech Kumpli, a i lokalizacja bardzo przyjemna – tuż przy wejściu na Skwer Kościuszki. Kolejny przystanek tuż za rogiem, a dokładniej moje premierowe odwiedziny w Tapas Barcelona. Przyznam, że od kilku lat omijałem ten lokal bez żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Udało się teraz, ale nie mogę powiedzieć, że stanę się jego fanem. Jako że nie byliśmy przesadnie głodni, z menu wybraliśmy trzy tapasy, do tego wino oraz piwo. Klimat rzeczywiście oddaje nieco atmosferę hiszpańskich tapas barów, zwłaszcza jeśli traficie na upalną pogodę. Z tercetu – kalmary, empanady z wołowiną oraz kiełbaski chistorra, najlepiej wypadają te ostatnie. Niewątpliwie jednak warto przekonać się samemu, zwłaszcza, kiedy brakuje Wam hiszpańskich wibracji.

Wędrówka po gdyńskich uliczkach przemieniła się trochę w multitap crawl, ponieważ do końca wieczoru zwiedzaliśmy już tylko piwne miejsca. Najpierw najlepiej umiejscowiony, z pięknym widokiem – zwłaszcza z tarasu – na tutejszą plażę Browar Port Gdynia. Poziom piwa bywa różny, ale jak na browar restauracyjny nie ma dramatu. Chmielony pils pięknie pachnie, a goryczka przyjemnie drapie podniebienie. Specjalnością zakładu są piwa mocne, zwłaszcza portery, ale ich picie w upalny wieczór nie należy do moich ulubionych rozrywek. Co by jednak nie mówić – warto usiąść na górnym piętrze choćby na chwilę, aby podziwiać rozświetlone miasto z tego poziomu. Mocno piwną ulicą w Gdyni jest Starowiejska, gdzie podążając w stronę Dworca Głównego najpierw wpaść można do Beczki Chmielu, w której znajdziecie m.in. piwa z Browaru Stu Mostów, jak i do mieszczącego się sto metrów dalej Ale Browaru Gdynia. To w moim przypadku obowiązkowy punkt programu, choćby na małe piwo, gdy tylko jestem w Trójmieście.

Rodzinka została na wakacjach, ja musiałem wracać do pracy, więc ekspresowo rozpocząłem eksplorowanie nowych wrocławskich restauracji. Wydawało mi się, że na ulicy Zwycięskiej nie da się już wcisnąć kolejnych knajpek, a jednak! W miejscu Smaków Indii wystartowało bardziej tradycyjne miejsce – Moje Miejsce. Możecie sobie poczytać o tym miejscu tutaj, ale w skrócie podpowiem, że zdecydowanie warto. Jest uczciwie, bardzo przyzwoicie smakowo, a menu takie trochę osiedlowe, ale wcale nie banalne. Jest ciekawa rolada wołowa, ogromny sznycel czy smaczny tatar. Zalecam.

Moje miejsce przypadło mi do gustu, ale zdecydowanym hitem ostatnich dni była wizyta w Coco Chang. Ta tajska restauracja we Wroclavii – tak, we Wroclavii! – nie wzbudzała u mnie specjalnego zainteresowania, aż do momentu, kiedy dowiedziałem się, że stoją za nią właściciele Splendido. Tego Splendido, gdzie pod koniec działalności główną rolę odgrywała bardzo smaczna kuchnia tajska. Jak się okazało, Coco Chang podniosło poprzeczkę jeszcze wyżej i kuchnią bliską autentycznej rozbiło bank. Świetne jest curry, zupa tom yum, a bardzo ciekawy, wyrazisty pad thai. Idźcie, próbujcie, korzystajcie, bo mało kto z nas pewnie wierzył, że w centrum handlowym będziemy mogli kiedyś zjeść cokolwiek na tak wysokim poziomie.

Od dawna spodziewałem się, że śniadanie w Pasibusie to tylko tylko kwestia czasu. Najprężniej rozwijający się ze wszystkich wrocławskich, a może i ogólnopolskich konceptów gastronomicznych, dodał testowo do oferty dwóch lokali w centrach handlowych proste śniadania w przyzwoitych cenach. Szeroko opisałem cały temat tutaj

Trzeba przyznać, że śniadania ekipie Pasika wyszły na całkiem przyzwoitym poziomie. Buły podawane są głównie z jajkami, a najlepszą z nich jest ta z jajecznicą. Duże pochwały należą się za maślaną bułkę, jakieś nie powstydziłyby się najlepsze kanapkownie w kraju. Ceny śniadań wahają się od 8 do 11 zł, i otwarcie należy powiedzieć, że to uczciwa cena za szybką przekąskę z rana. 

W niedzielę kolejny raz pojawiłem się w Parku Śniadaniowym na szybkie jedzonko z rana. Miejscówka w Parku Andersa przypadła mi do gustu i zapewne jeszcze nie raz skuszę się na chilloutową kawę oraz śniadanie pośrodku parku Andersa. Niedzielnie obyło się bez kulinarnych kombinacji, a do gry wjechała jajecznica od Back to roots Mikrofarma. Skorzystałem także z okazji i zabrałem do domu pieczywo z Chlebusika, który pojawia się w formie ratunku dla wszystkich, którzy zapomnieli zaopatrzyć się w chleb. Plusem miejsca jest spokój, możliwość rozpoczęcia dnia od prosecco, ale i przyjścia z dzieciakami, a te nie powinny się nudzić zarówno ze względu na przygotowane atrakcje, jak i przestrzeń dookoła. Do zobaczenia w niedzielę!

Choć zdarza mi się to ostatnio raczej rzadko, stanąłem również przyrządzić coś we własnej kuchni. Co prawda nie do końca gotowałem, a moja rola ograniczyła się raczej do złożenia kanapek z gotowych elementów, ale najważniejszy był efekt końcowy, a ten zadowolił wszystkich gości. O czym mowa? Jakiś czas temu opisałem Wam moją wizytę w gdańskim streetfoodowym barze Klatka B. Ich kanapka z wołowiną wzbudziła mój nieskrywany zachwyt, a tamten smak pozostał mi w pamięci do teraz. Klatka B w trakcie trwania przymusowej kwarantanny weszła w dostarczanie swoich produktów w formie zestawów do samodzielnego składania w domu, a pomysł przekuto w spory sukces, dzięki czemu projekt dowóz pastrami jest kontynuowany także obecnie. Skorzystałem więc z okazji – a że we Wrocławiu o pastrami ciężko, otrzymałem paczkę pełną dobra. 

Siłą Klatki B jest możliwość zamówienia potraw z ich menu z każdego zakątka kraju. Paczka do samodzielnego złożenia kanapek dociera odpowiednio zapakowana, bez możliwości fakapu w postaci zepsucia się towaru. Na naszych barkach pozostaje zakup pieczywa, a także uparowanie mięsa i złożenie kanapki. Nawet dla niespecjalnie wprawionych w tematyce osób nie powinno stanowić to większego problemu. Najważniejsza kwestia – pastrami to wysoka półka, śmiało mogę stwierdzić, że topowe w skali kraju. Cienko skrojone, rozpadające się na włókna, dymne, klasa. Jeśli mógłbym Wam zarekomendować zestawu, to celowałbym w mayo lub kimchi. Zamawiać możecie na stronie sklep.klatkab.pl. Swoją drogą, jeśli będziecie w Gdańsku, koniecznie odwiedźcie ich lokal.

Skoro w tym cyklu mam raportować o wszystkich gastro punktach na mapie moich podróży, na koniec zostawiam trzy szybkie strzały. O Ale Browarze było już wyżej, ale wtedy pisałem o gdyńskim oddziale. Po powrocie udało mi się trafić także do wrocławskiego pubu, gdzie w upalny wieczór pysznie orzeźwiały nowe kwasy lęborskiego browaru – jeden z jeżynami, drugi z brzoskwiniami. Zanim do gry weszło piwo, uskuteczniłem swoją cotygodniową tradycję i zjadłem obiad w ukochanym barze Domowe Obiady na Sępa Szarzyńskiego. Panierowana ryba z ziemniakami, do tego pomidorowa i można jechać dalej. Lubię tu wracać. Podpunkt trzeci – gastronomia stadionowa na przykładzie meczu Sparty Wrocław na Stadionie Olimpijskim. Niełatwe to przygody, których zwyczajowo unikam, ale stało się tak, że rozpoczęcie meczu opóźniało się ze względu na opady deszczu, więc trzeba było w końcu coś wrzucić na ruszt. Buła z kiełbasą – jak pewnie się spodziewacie – nie należy do streetfoodowych smaczków godnych polecania. I na tym poprzestańmy, bo po co się denerwować.

Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Total 21 Votes
12

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?