Gastro tydzień z WPK #8 – śniadania, tatary i fish&chips


Chwilę mnie tu nie było, ale już na dobre wracamy do pokazywania gastro rzeczywistości Wrocławia. Tym razem Wrocławia, a już w kolejnym odcinku także kilku miejsc w Polsce i w niedalekiej odległości od zachodniej granicy. W cyklu Gastro tydzień z WPK wyruszamy w podróż od tatarów, poprzez pizzę na kawałki, ulubione śniadania wrocławian, aż po fish and chips. Jedziemy!


Gastro tydzień z WPK #1

Gastro tydzień z WPK #2

Gastro tydzień z WPK #3

Gastro tydzień z WPK #4

Gastro tydzień z WPK #5

Gastro tydzień z WPK #6

Gastro tydzień z WPK #7


Moje poszukiwania sensownych śniadań we Wrocławiu trwają nieustannie, choć efekty nie wydają się być przesadnie zadowalające. Ucieszyła mnie informacja o powrocie na gastro rynek po krótkiej przerwie spowodowanej koronawirusem, restauracji NieInna. Co prawda jednak w nieco innym wydaniu – ciągle na Więziennej, ale już tylko w godzinach porannych na patio dobrze znanej Motylej Nogi. Codziennie od rana do południa podjecie tu kilka pozycji z karty, która obowiązywała również przed pandemią. Mój wybór padł na croque madame, choć przyznam, że nie należę do fanów tejże kanapki. Nie było niestety moich ulubionych parówek, więc skusiłem się na nią i przyznać trzeba, że wyszło na dobre. Lejące żółtko, bardzo smaczne pieczywo – chrupkie, lekkie, konkretne, do tego sporo sera i szynka, a także sos serowy. 19 zł w tym wypadku to zdecydowanie promocja, a do tego dochodzą piękne okoliczności natury, a więc dziedziniec dawnego więzienia, potrafiący wywołać zachwyt u każdego.

Od czerwca 2019 roku nie jadam słodyczy, jedynie raz na jakiś czas, podczas największych upałów skuszę się na lody. Malutką porcyjkę w sensie, klasycznie jakiś sorbet – ostatnio mango-marakuja, najczęściej coś cytrynowego. Krasnolódowe mango-marakuja to absolutny klasyk i hit od lat, i czasami po prostu ciężko mi sobie odmówić tej niewielkiej przyjemności.

Z ogromnym dystansem podchodzę od dawien dawna do wszelkiego rodzaju zajazdów i tym podobnych przybytków, dlatego z niemałymi oporami udałem się do nieodległego od mojego Zakrzowa Zajazdu u Janów w Długołęce. Akurat spędzałem weekend u znajomych tuż obok i na niedzielny obiad zarezerwowali nam jedzonko właśnie w tym miejscu. Przyznacie – Zajazd u Janów brzmi dość enigmatycznie, ale… cholera, ciężko powiedzieć coś złego o nich. Proste, ale cholernie uczciwe w stosunku do ceny jedzenie, bardzo dobry chłodnik, klasyki w stylu schabowego czy placki cukiniowo-szpinakowe. Jest też piwo z browaru PROST oraz oczywiście ratujący życie po sobocie rosołek. Sporym atutem miejsca jest ogromny ogród, na którym można liczyć na intymność, a jednocześnie Wasze dzieci na pewno się nie znudzą. Nie spodziewajcie się szaleństw, ale jest przyzwoicie w tej konkretnej formule.

Pierożki od Kasi Ryniak robiły w mojej rodzinie furorę podczas zamknięcia nas w domach, do tej pory często z nich korzystam, więc tym bardziej ucieszyło mnie otwarcie lokalu stacjonarnego, a raczej sklepu manufaktury La Fileja na Promenadach Wrocławskich. Dobrze to wygląda – dość prosto, bez przepychu, prawdziwa manufaktura z maszynami i stołami do sklejania pierożków i cięcia makaronu. Co ważne, są dwie lodówki, z których od ręki możecie przechwycić sporo dostępnych pozycji, także w promocyjnych cenach. Moi faworyci? Na pewno i bezapelacyjnie ravioli z łopatką wieprzową, z porem i ziemniakiem oraz świeże tagliatelle, przydatne na każdą okazję.

Nieodłącznym elementem bliskich mojemu miejscu zamieszkania kulinarnych przygód jest jedzenie przynajmniej raz w tygodniu w Bistro Zatorska 60, czyli w dawnym Lvivie. Jest blisko, jest na Zakrzowie, a przy tym bardzo uczciwie. Ostatnio mało kiedy chce mi się przygotowywać placki ziemniaczane w domu, więc wpadam na szybko przed czy po pracy do tego niewielkiego baru na mojej ulicy, gdzie zamawiam sobie placki ziemniaczane ze śmietaną i cukrem – absolutnie ukochany specjał mojego życia. Te tutaj są mięciutkie, lekkie, choć odrobina więcej cebulki i pieprzu zapewne by nie zaszkodziła. Nie zmienia to faktu, że złego słowa o tym miejscu – jedynym w miarę udanym na Zakrzowie, nigdy nie powiem.

Jakieś sto metrów od La Fileja mieści się PEZZIPIZZA. O ile jednak ta pierwsza destynacja przynosi wiele radości – czy ktoś nie lubi makaronów?! Tak już ta druga wydaje się być kompletną zagadką. Niby znajduje się pośród ogromu nowo budowanych bloków, ale jednak na kompletnym odludziu, a jedyną szansą na powodzenie biznesu wydaje się być bliskość promenady nadodrzańskiej. Biznesu wzorowanego na włoskich pizzeriach, wyspecjalizowanych w sprzedaży pizzy na kawałki. I wszystko jest ok, ale według mnie nie grają tutaj dwie kwestie – smak i brak odpowiedniej wiedzy w temacie przygotowywania ciasta oraz wspomniana lokalizacja. Aby to miało ręce i nogi, a także szansę na powodzenie, potrzebny jest ruch. W tym wypadku go nie ma, a szerzej PEZZIPIZZA opisałem tutaj.

O tym, że Mercado znajduje się w topie moich ulubionych wrocławskich destynacji, pewnie już wiecie. Podoba mi się, że poza standardowym menu – wcale nie ortodoksyjnie hiszpańskim, pojawiają się ciekawe akcje pod tytułem: pokażmy piękną twarz Hiszpanii. Tak odczytuję tydzień, czy nawet nieco więcej z asturyjskimi cydrami Trabanco. Bardzo charakterystycznymi, specyficznymi, smacznymi. Co prawda nikt nie nalewał ich pod nasypem z prostej ręki, ale buteleczka tego specjału przyjemnie potrafiła orzeźwić upalny dzień w stolicy Dolnego Śląska. Cydr Trabanco jest kwaskowaty, orzeźwiający. Niewątpliwie zakolegowalibyśmy się na dłużej. Tym razem jednak w Mercado pękła tylko jedna butla, do tego wjechały moje ukochane papryczki padron oraz gazpacho. Idealnie, odświeżająco, doskonale, aby przypomnieć sobie hiszpańskie wakacje, a upały przecież u nas już bardziej, niż hiszpańskie.

Śniadania w Dinette należą do największych klasyków wrocławskiego gastro i ciężko dyskutować z tym faktem. Zresztą sam tłumek ustawiający się przed drzwiami każdego wakacyjnego dnia świadczy o renomie miejsca. U mnie wygrywają dwa śniadania – marokańskie, a więc awokado z hummusem i jajkiem poszetowym na chlebie, a także bliny ze śmietaną i kawiorem. Ależ ja je ubóstwiam! Lekko chrupkie, puszyste, z rybnym aromatem i z łagodzącą wszystko śmietaną. Mógłbym jeść codziennie i nie przyjmuję do siebie jakichkolwiek informacji o obniżce formy w Dinette. Poziom jest równy i wysoki, a jedynie chciałoby się zobaczyć w karcie kilka nowych porannych pozycji.

 

Najgłośniejsze otwarcie tego roku? Umówmy się, CULTO wygrywa tę konkurencję ze sporą przewagą. Stojące do lokalu kolejki chyba tylko to potwierdzają. Pomysł na restaurację, a właściwie to bar? Widzę tu jakieś hiszpańsko-włoskie, w każdym razie południowe, nieco tapasowe naleciałości – luźne jedzenie, frizzante, otwarte na oścież wielkie drzwi, wspólny stół, no i głównie bohaterowie, a więc tatary w kilku różnych odsłonach, frytki, hot dogi czy owoce morza. Zalecam mocno, bo zgadza się tu wszystko – smak, klimat, wykonanie. Sporo więcej przeczytacie tutaj.

Jeżdżąc codziennie do Hardego mijałem rozstawiający się tuż przy głównej ulicy na Krakowskiej – mniej więcej na wysokości Selgrosu, plenerowy bar Rybka i Frytka. W sensie mijałem, ale go nie zauważałem, a o istnieniu tegoż przybytku dowiedziałem się z fejsika, natrafiając na jakąś reklamę czy polecenie znajomych. Czym jest Rybka i Frytka? Sporej wielkości osiedlowym miejscem do chillowania, ze sporą ilością miejsca na leżaki i stoliki, na trawie, z miejskim szumem w tle.

Co w menu? Ryby oczywiście – krewety, ryby w panierce, bao z rybami oraz tytułowe fryty – klasyczne i batatowe. Zjadłem dorsza w cieście z frytkami oraz bao z dorszem również. Dorsz w panierze to 22 zł, frytki 7 zł. Frytki domowe jak mówi menu, choć z domowymi to mają niewiele wspólnego. Bao z kolei to koszt 27 zł i jednak z tych dwóch pozycji, wybieram pierwszą, a więc rybę w chrupiącej panierce. Samo jedzenie bao jest mocno utrudnione, bo złapać w ręce się go nie da, a forma jednak do tego skłania. Ryba przyjemna, rozpadająca się, bardzo klasyczna, niczym te znane znad morza. Myślę, że główną siłą samego miejsca jest fakt, że może być taką osiedlową destynacją dla tublyców, którzy po prostu mogą wpaść na piwo i szybką przekąskę. Sam chętnie przyjąłbym taką miejscówkę u siebie.

Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Total 9 Votes
3

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments