Gastro Nocki – nie spieprzcie tego!


Nie dałem rady wystawić swojego stoiska (razem z Krystianem z Pappatore oczywiście), ale zrobiłem wszystko, aby wygospodarować jak najwięcej czasu w pierwszy sierpniowy piątek. Właśnie wtedy, kiedy swoją premierę na wrocławskiej scenie gastronomicznej zanotowały Gastro Nocki, a więc zdecydowanie najciekawszy koncept streetfoodowy w mieście, inspirowany niewątpliwie choćby na warszawskim Nocnym Markecie.

Miejsce jednoznacznie kojarzące się z kiczowatym niedzielnym targowiskiem, gdzie od tej pory nie obowiązuje zasada – nie jedz po 18. Jedz jak najwięcej, korzystaj z życia i baw się dobrze. Oto hasła Gastro Nocek z Dworca Świebodzkiego, które docelowo mają odbywać się w każdy piątek i sobotę. Opuszczony dworzec, mnóstwo przestrzeni, leżaki, piasek, dużo stanowisk i zimne piwo. Wszystko to powoduje, że na twarzy pojawia się ogromny uśmiech zaledwie w chwilę po przekroczeniu bram Świebodzkiego.

Na miejscu pojawiam się o 18, w momencie startu imprezy, kiedy – co zadziwiające – ławki w dużej części są już zajęte. Duże jest we Wrocławiu zapotrzebowanie na takie akcje, duża jest chęć podjadania dobrych rzeczy. Pierwsze minuty to przede wszystkim brak kolejek, piwo lane od ręki czy też możliwość przechwycenia jednego z leżaków, no i rozmowy ze znajomymi, na których natrafia się co i rusz. Każdy, komu dobro wrocławskiej gastronomii leży na sercu, każdy kto kocha jeść, nie odmówił sobie tej przyjemności i zjawił się na dworcu.

Niesamowitym jest, że właściwie z każdą kolejną minutą nieużywany od lat peron staje się najbardziej tętniącym życiem miejscem w siedmiuset tysięcznym mieście. Ogrom stoisk budzi zaufanie, ich jednolity wygląd świadczy o braku partyzantki, a różnorodność wystawców pozwala sądzić, że nudy nie uświadczymy.

Jest więc Justyna Słupska Kartaczowska z Restauracji Jadka z kanapką z ozorem i burakiem (20 zł). Prosta rzecz a cieszy, choć burak momentami zbyt mocno przykrywa mięso. Ale to piękny pokaz tego, że nawet przygotowując streetfoodowe danie, nie trzeba brnąć w banał. Świetny ramen dostaniecie w namiocie Yemsetu, gdzie próbowałem także boczku tak delikatnego i rozpływającego się ustach, że do tej pory na samą myśl o nim ślinianki mocniej pracują. Przenoszące się na Cybulskiego Od Koochni przygotowało potrawy tex-mexowe. Cieszę się, że nie oszczędzają na przyprawach. Ktoś w końcu rozumie, że nieodłącznym elementem tej kuchni jest wyrazistość. Burrito z wołowiną ląduje w czołówce wrocławskiej, jest pełne mięsa – doprawionego kuminem, obsypanego sporą ilością kolendry oraz ryżu, co akurat nie do końca mi pasuje. Ogólnie jednak bardzo udane burrito. Zabraknąć nie mogło oczywiście także latającej witryny KRASNOLÓDa. Ich lody z aktywnym węglem i kokosem rozchodziły się w ekspresowym tempie, choć i tak zdecydowanie lepiej smakowały te orzeźwiające, nie za słodkie, o smaku czarnej porzeczki. Z kolei najdłuższe kolejki ustawiały się chyba do BAO. Ich bułki robiły furorę, choć tym razem odpuściłem sobie wyczekiwanie w sznureczku ludzi na rzecz pizzy z food trucka Drewnem Palone. Sprawna ekipa wydała mi margheritę (20 zł) w niespełna 10 minut, co przy takim ruchu było nie lada wyczynem. Prosta rzecz, a cieszy. Dobrze wypieczone ciasto, chrupiące, ale przy tym przyjemnie puszyste na rantach i minimalizm w dysponowaniu dodatkami, to lubię. Mimo że oczy chciały, organizm się zbuntował i nie pozwolił przyjąć niczego więcej. Na pewno jednak przy kolejnej okazji podskoczę na pastrami, chętnie skosztuję okonomiyaki, które wypatrzyłem na jednym ze stoisk oraz przetestuję resztę tex-mexu z Od Koochni. Na pewno każdy powinien trafić na coś, co mu posmakuje.

Żeby nie było aż tak cukierkowo, pewnym fakapem okazał się bar. Okazały, owszem, ale niespecjalnie wydajny przy takich ilościach osób. W pewnym momencie kolejka po piwo sięgała kilkudziesięciu metrów, a co bardziej zdesperowani, w celu uzupełnienia płynów, udawali się do pobliskiej Żabki. Zyskało na tym stoisko restauracji Taszka, na którym tym razem zabrakło jedzenia, ale pojawiło się odpowiednio dopasowane do pogody wino. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem okazałyby się bary przy obu wejściach i gdzieś pośrodku tego gastronomicznego deptaku. 

Piwo było jednak jednak tylko małym zgrzytem, ginącym gdzieś pośród entuzjastycznych komentarzy na temat całokształtu imprezy. Najczęściej wypowiadane frazy to: w końcu ktoś na to wpadł; świetna organizacja; Wrocław tego potrzebował; mega klimat; przychodzę jutro zjeść resztę; Wrocław nie ma się czego wstydzić. Czepiłbym się delikatnie jeszcze zbyt głośnej muzyki. Super, że była puszczana na żywo przez DJ-a, super, że była różnorodna, ale o dwa tony za głośna, bo w pewnym momencie ciężko było wymienić dwa słowa bez podnoszenia głosu. 

Pojedyncze wpadki podczas premierowej edycji są nieuniknione i każdy z nas zdaje sobie z tego sprawę, natomiast dawno nie zdarzyło się, aby jakaś wrocławska impreza streetfoodowa została przygotowana tak dobrze od strony organizacyjnej. Może nawet nigdy. Chyba każdy chętny mógł znaleźć dla siebie siedzisko – czy to przy stołach, czy na leżakach, przy toitoiach pojawiły się krany z wodą, a osoby dbające o porządek co jakiś czas zgarniały niesprzątnięte śmieci ze stołów. Naprawdę, chapeau bas. Nawet jeśli kiedyś przez myśl przeszło mi zorganizowanie podobnej imprezy, to wiem jedno – nie zrobiłbym tego nawet w połowie tak dobrze.

Wrocław zyskał miejsce, w którym ludzie chcą się pojawiać, chcąc spędzać czas wieczorem, tańczyć, bawić się, pić, dobrze jeść i spotykać ze znajomymi. Pewnie ciężko będzie utrzymać frekwencję na kolejne edycje, ale mogę to powiedzieć ze 100% pewnością – wrocławianie już polubili Gastro Nocki i na pewno wrócą, a to dobrze wróży na przyszłość. Brawo, brawo, brawo, utrzymajcie tylko ten poziom, a będzie wspaniale. W skali szkolnej wystawiam piątkę z plusem i wielkim uśmiechem.

Total 20 Votes
4

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments