#KoronaDelivery 2.0 – Gdynia, morsowanie i wigilia #18


Kończymy powoli zwariowany, pechowy, najgorszy, nieprzewidywalny i dramatyczny w wielu aspektach rok 2020. Kończymy osiemnastym odcinkiem serii, której jeszcze dziesięć miesięcy temu nie planowałem. Kończymy nadając z Gdyni, w której wszystko i tak jest zamknięte, a jedynym plusem jest możliwość wyrwania się choćby tutaj, skoro nigdzie dalej raczej nie można. Rozpoczynamy we Wrocławiu, poprzez wigilię, a kończymy szukając odpowiedzi na pytanie – gdzie zamówić jedzenie na dowóz w Gdyni. Smacznego!

Zerknijcie na kanał WPK na YouTube, zostawcie subskrypcję i oglądajcie ostatni film.


#KoronaDelivery – raport WPK #1 | #KoronaDelivery – raport WPK #2 | #KoronaDelivery – raport WPK #3 |

#KoronaDelivery – raport WPK #4 | #KoronaDelivery – raport WPK #5 | #KoronaDelivery – raport WPK #6

| #KoronaDelivery – raport WPK #7 | #KoronaDelivery – raport WPK #8 | #KoronaDelivery – raport WPK #9

| #KoronaDelivery – raport WPK #10 | #KoronaDelivery – raport WPK #11 | #KoronaDelivery – raport WPK #12

| #KoronaDelivery – raport WPK #13 | #KoronaDelivery – raport WPK #14 | #KoronaDelivery – raport WPK #15

| #KoronaDelivery – raport WPK #16 | #Korona Delivery – raport WPK #17


Skłamałbym, gdybym powiedział, że czekam cały rok na wigilijną kolację. Nie tylko ze względów kulinarnych, choć faktycznie poza barszczem i jeszcze ze dwoma potrawami jakoś ta uczta nie należy do moich ulubionych. Zdecydowanie daleko jestem także od kościoła, aby przeżywać je przesadnie duchowo. Ot, spotkanie rodzinne i kilka dni nieco większego, aniżeli zazwyczaj luzu. Za wspomniany barszcz z uszkami dam sobie uciąć jednak nie jedną, ale i dwie ręce, więc warto było. Teściowa robi to naprawdę dobrze – kwaśno, ostro, esencjonalnie, a uszka z LaFileja tylko dodały wartości wigilijnej pozycji obowiązkowej. Z pozostałych potraw podczas wieczerzy, z domu mojej żony obowiązkowe są panierowane, moczone wcześniej w mleku prawdziwki, którymi zajadają się wszyscy. Z akcji #wspieramgastro do akcji wkroczył jeszcze bigos z dziczyzną z Petits Fours oraz krokiety mięsne oraz z kapustą i grzybami z maminych Smaków, a także ruskie z Domowych obiadów. Z moich tradycji domowych podrzuciłem zupę grzybową – bez specjalnych kombinacji, na bulionie, pieczarkach i niewielkiej ilości grzybów suszonych. Taka zupa, która powstała trochę na zasadzie idei zero waste, bo pieczarki powoli kończyły swój żywot. Czy podnieca mnie karp? Wybaczcie, niespecjalnie. Podobnie jak łosoś. Do Trójmiasta przyjechał także dojrzewający piernik od mamy i choć nigdy go nie doceniałem, mocno szanuję, podobnie jak sernik mojej żony, przygotowywany w Thermomixie. Oczywiście #teambezrodzynek – przepis macie tutaj. Uważam, że to najlepszy sernik ever.

Niegdyś w tekście opisującym Pasta Miasta napisałem o nich jako gdyńskim Ragu. Jak wiecie, Ragu kocham miłością absolutną, więc i tę makaronową destynację trójmiejską polubiłem, choć uczciwie trzeba przyznać, że choć jest smacznie, to do wrocławskiego pierwowzoru brakuje nieco szaleństwa smakowego. Klasyka jest jednak smaczna, więc tuż po świątecznych szaleństwach wybraliśmy się na spacer po Gdyni, zamawiając coś do przekąszenia w porze obiadowej. Wolt podpowiedział jasno i wyraźnie – Pasta miasta, czas oczekiwania z odbiorem osobistym całe 15 minut. Szybka decyzja, zamówienie i po chwili można było podjechać na Świętojańską po odbiór. Szałwiowo-maślane gnocchi to niezniszczalne połączenie, ragu wołowe z szerokim tagliatelle to również standard, którego moje dzieci nie odmawiają właściwie nigdy. Na dokładkę cannoli i można lecieć dalej, zwłaszcza, że trzy stopnie na plusie odczuwalne są nad morzem zupełnie inaczej, niż na Dolnym Śląsku, dlatego ciężko było ustać w tym mrozie pomimo solidnego ubioru. Pasta Miasta zlecam bezdyskusyjnie!

Dwa lata temu, jakoś niedługo po otwarciu, odwiedziłem gdyński NEON Streetfood Bar tuż przy centrum handlowym Batory  i opisałem na blogu to niezwykle oryginalne, a przede wszystkim smaczne miejsce, prowadzone przez uczestnika Top Chefa Jana Kiliańskiego. Kierunek azjatycki w Neonie to punkt wyjścia, ale nie ma tu miejsca na ortodoksję, brak granic, klapki na oczach. Jest za to przyjemny, luźny klimat i pyszne jedzenie. Tylko samo miejsce jakby smutne, bo obecna sytuacja jest oczywista i z klimatu nici. Za to jedzenie zostało to samo i choć smutno się patrzy na pusty lokal, dobrze było zjeść to pękate bao z ogromnym klockiem rozpadającego się boczku z chrupiąca warstwą zewnętrzną. Ogórek wprowadza tu tylko tak niezbędnego odskoczenia w lżejszą stronę. Pycha! Dzieci za to zagustowały w ryżu smażonym z kaczką, szpinakiem i kapustą, jedzonym na parkingu przed Neonem. Specyficzny to czas, a kiedy dzieci pytają się ciebie – tato, jemy obiad w aucie czy na zewnątrz, to już wiesz, że nic nie jest normalne. Jeśli jednak przypadkiem będziecie przechadzać się przez Trójmiasto z tragarzami, koniecznie spróbujcie jedzenia w Neonie.

Jeszcze przed wyjazdem z Wrocławia przemierzałem miasto w poszukiwania sensownego pieczywa, ale kolejki w najpopularniejszych piekarniach oraz puste półki w niektórych z nich zawiodły mnie do Warsztatu, gdzie od jakiegoś czasu wypiekają także glutenowe specjały. Do torby wskoczyła brioszka, chleb z jalapeno oraz chałka. Mówiąc oględnie – cieszy fakt, że można dostać tak przyzwoite pieczywo w coraz większej ilości miejsc we Wrocławiu, choć do najlepszych jeszcze trochę brakuje, zwłaszcza w przypadku chałki.

Warsztat znalazł się również w ostatniej części miejskiego programu, mającego za zadanie wspierać wrocławską gastronomię – #WrocławNaWidelcu, podczas którego Piotr Kucharski przedstawia co ciekawsze koncepty oraz ich sposób radzenia sobie z pandemią. Tym razem obok Warsztatu pojawiła się Aula oraz Nafta Neo Bistro.

Trójmiasto przywitało nas wspomnianym już nielekkim chłodem, ale czymże byłby okres świąteczny – nawet w pandemii – bez wizyty na Bulwarze Nadmorskim. W pierwszy dzień świąt zaskoczyło/nie zaskoczyło nas, że tylko jedno miejsce w okolicy serwowało coś ciepłego. Nie omieszkaliśmy zawitać do Muszli, gdzie rozgrzewaliśmy się pysznym żurkiem, grzańcem i gorącą czekoladą, zwłaszcza, że młodzi w wieku czterech i sześciu lat rozpoczęli swoją przygodę z morsowaniem. Co prawda póki co od zmoczenia nóg w lodowatym morzu, ale pierwsze koty za płoty. 

W drugi dzień świąt uruchomiono jeszcze dodatkowe stoiska z kawą na Bulwarze, a swoje drzwi otworzyła także F. Minga, do której również ustawiły się kolejki w oczekiwaniu na grzańce i gorące herbaty w świątecznym klimacie. Młodzi raz jeszcze zadowolili się czekoladą, wariując na lekko ośnieżonej plaży. 

Spodobał Ci się mój wpis? Polajkuj go, udostępnij, a po więcej zapraszam na Instagram oraz fanpage. Używajcie naszego wspólnego, wrocławskiego hasztagu #wroclawskiejedzenie

Total 6 Votes
0

Tell us how can we improve this post?

+ = Verify Human or Spambot ?

Comments

comments